Tak w dowolnym przekładzie (z czeskiego) nazywał się jeden z odcinków mojego ulubionego serialu „Sex w wielkim mieście”. W skrócie chodziło o to, ze Carrie została zaproszona na jakąś imprezę z okazji powicia następnego dzidziusia, gdzie zaraz na wstępie kazano jej zdjąć buty (jak zwykle od Manolo Blanicka) i te buty się gdzieś zawieruszyły. Skutecznie. Dla mamusi dzidziusia to były „tylko buty”, dla głównej bohaterki były to „jej Manolki” za $485. No i mamusia, niegdyś również walnięta na punkcie butów nie mogła zrozumieć i zaakceptować jak można kupować buty za $485???. Kto oglądał, ten wie jak się to skończyło, reszcie zdradzę, ze dostała swoje buty z powrotem.
No i ja o tych butach i Salamance oczywiście.
Chodzi o to, że ja sama nigdy nie miałam obsesji na punkcie butów i nie do końca jestem w stanie zrozumieć potrzeby posiadania aż tak wielkiej ilości czegoś, czegokolwiek (poza książkami). W zeszłym roku zapytana przez dyrektora i współwłaściciela jednego z największych angielskich i europejskich domów maklerskich, podczas przyjemnego obiadu z widokiem na London Eye, o ilość posiadanych przeze mnie par butów odpowiedziałam, że 5 (słownie: pięć, no dobra nie liczyłam butów narciarskich i łyżew), co jego nieomal powaliło na kolana, bo żona ma jak twierdził ok. 200 par. No nieomal poczułam się mało kobieca:)
Wracając do tematu, chciałam napisać, że nie czułam potrzeby posiadania wielu par butów, do czasu kiedy przyjechałam do Salamanki.
Tak więc, w skrócie:
Panowie, jeśli chcecie się dobrze ubrać, jedźcie do Mediolanu, Rzymu lub Paryża, gdzie w okresie „sales” kupicie jedwabny garnitur od Zegny za EUR 200, a fantastyczne jedwabne krawaty nawet za 10. Sami Hiszpanie, nie wiem jak, ubierają się bardzo ładnie, ale zawartość sklepów z odzieżą męską nie rzuca na kolana. Podobne jak w Polsce, tyle, że droższe.
Panie, jeśli chcecie kupić buty i nie wydać przy tym zupełnie ostatniego grosza, przyjeżdżajcie do Hiszpanii (na przykład Salamanki). Sklepów jest pełno, wszędzie i w co najmniej połowie znajdziecie buty tak piękne, że nie będziecie mogły postępować inaczej niż „odwiedzać” je co najmniej od czasu do czasu, jeśli nie kupić!
Ja na razie jestem w fazie odwiedzin, bo podoba mi się tak wiele, że musiałabym zrezygnować z jedzenia, przez dalszą część pobytu, nawet jeśli chciałabym posiąść tylko sporą część, a to już nie mówię wszystkie, które mi się podobają.
Tak tak, sklepy z ubraniami też są piękne, ale Mango, Promod, Zarę czy inne sklepy możemy odwiedzić w Pradze czy Warszawie, a w czasie obniżek nawet coś kupić:).
Ale buty? Fantazja.
Wybór nie polega na decyzji Ryłko czy Bata, ale wybiera się z dziesiątek jeśli nie setek fantastycznych modeli w przeróżnych sklepach i sklepikach, w większości o dźwięcznej nazwie „Zapatos” – czyli buty, po prostu. Są piękne: dla konserwatystów konserwatywne, dla odważniejszych szalone, we wszystkich kolorach i fasonach jakie tylko można sobie wyobrazić. A do tego wcale nie są takie drogie. Za EUR 40 można kupić zupełnie szalone byty na lato, a te od EUR 60 to już zupełny odjazd. Można oszaleć.
W chwili obecnej odwiedzam:
– byty na ok.10 cm, ale najwyraźniej wygodnym obcasie, koloru ciemnozielonego (nie mam nic ciemnozielonego), tył z wężowej skórki, z przodu paseczek, ale nie tylko wokół kostki, ale też od przodów aż po samą górę. Nie wiem dlaczego, ale myślę, że tak wygląda szczyt elegancji, myślę również, że w takich butach powinno się tańczyć flamenco (ale to już tylko w mojej wyobraźni).
– buty na ok.4-5 cm obcasie, koloru kawa z mlekiem wpadająca w jaśniutki brąz z wiiieeelkim kwiatem z przodu. Tych nie powstydziłaby się nawet Carie. Powalającą piękne. Wiem, trzeba widzieć, żeby uwierzyć.
No, mogłabym jeszcze trochę powymieniać, ale jestem przekonana, że jeśli przed odjazdem zostaną mi jakieś pieniążki…. BĘDĄ MOJE!