Tia jest Szwajcarką. Jest ze mną w grupie. Przyjechała do Salamanki na 4 tygodnie, aby pouczyć się hiszpańskiego, bo chce, po raz ostatni, odwiedzić swoją bardzo starą ciotkę w Ekwadorze, a nie chce tam jechać, jeżeli nie będzie w stanie porozumiewać się po hiszpańsku.
Tia ma 60 lat. Przed sobą i za sobą zaskakująco dziwne życie o którym dowiaduje się w małych dawkach przy okazji wspólnych wypraw na wystawy lub podczas zajęć w szkole.
Nie wygląda na 60 lat, ale wiem, że jest 8 lat starsza od siostry, a siostra ma 52. Tia ma dwójkę dzieci: córkę, która może mieć 34 lata i właśnie wyszła za mąż po raz drugi i syna, lat 30, który jest podobnie wybuchowy jak jego ojciec i z którym lubi rozmawiać, ale tylko przez telefon, bo nie lubi jak zaczyna na nią krzyczeć, zwłaszcza w restauracji. Tia przekonuje mnie, że nie powinnam nigdy wychodzić za mąż, że ta instytucja przeważnie kończy się średnim sukcesem, a przecież w dzisiejszych czasach mogę żyć z kimś bez ślubu, aż do szczęśliwego końca naszych dni, albo bez bólu przestać, jeśli to będzie odpowiedniejsze. I że dziecko to też kwestia wyboru ojca, nie sukienki. Bo lepiej bez ojca, niż byle jaki ojciec. Oryginalne poglądy jak na, było nie było… Babcię.
Urodziła się we wsi koło Zurychu – więc najpierw umiała mówić po szwajcarsku i niemiecku. Po szkole pojechała na rok do Londynu, aby nauczyć się angielskiego. Zdała egzamin proficiency (ten najwyższy), a potem przeniosła się do Paryża, aby nauczyć się francuskiego. Po (następnym) roku wróciła do Zurychu, gdzie poznała swojego przyszłego męża, który akurat dostał kontrakt w Paryżu więc, jak twierdzi pojechała tam bardziej dla miasta niż dla niego.
W wieku niecałych 25 lat wyszła za mąż, a następnie podróżowali z mężem po całym świecie, gdzie on stawiał drogi i mosty. Ale przyszedł czas na dzieci. Więc osiadła w Paryżu, który lubiła najbardziej i tam się urodziły.
Następnych 16 lat spędziła z dziećmi w Paryżu sama, głównie dlatego, aby nie przeprowadzać dzieci z Algieru do Libii, a potem do Zurychu, Londynu i Maroka itd., co kilka miesięcy.
Kiedy mąż przeszedł na emeryturę przenieśli się do francuskiej części Szwajcarii, bo ona nie lubi jak mąż kaleczy szwajcarski, a teraz już i dla niej francuski jest pierwszym językiem. Mieszkają w Genewie.
Zanim mąż skończył pracować zdołał jeszcze stracić ich życiowe oszczędności podczas krachu na giełdzie, wtedy, kiedy wartość akcji Enronu gwałtownie spadła. Także żyją ze skromnych poborów męża i spadku, który ona dostała po matce i ku swemu własnemu zaskoczeniu zainwestowała z dosyć sporym zyskiem.
Tia jest trochę szalona. Mówi, że jak co piątek kupuje kwiaty, to nosi je ze sobą bo całym domu, bo lubi się na nie patrzeć. A na jesień na stoliku przy wejściu do mieszkania zostawia kolorowe zaschłe liście, żeby choć 2-3 dni cieszyć się ich kolorami.
Męża już chyba za bardzo nie zna, a na pewno za bardzo nie lubi, twierdzi, że czasem nie odzywa się do niej tygodniami, albo dla odmiany krzyczy bez sensu, bo…
Ona sama chyba nie jest w stanie podnosić głosu, ale z pewnością ma własne zdanie i poglądy. Przypomina mi kota, który chodzi własnymi drogami. Sam.
Tia spędza swój czas na robieniu rzeczy, które lubi. Uczy się hiszpańskiego, ćwiczy jogę, szyje i gotuje i uczestniczy w zajęciach na Uniwersytecie III wieku, ma wielu przyjaciół.
Mówi, że lubi być sama i że nie czuje się samotna. Że trochę żałuje, że dzieci cenią bardziej ojca, którego nigdy nie było i nawet jeśli przez chwile pracował tam gdzie mieszkali, to nie brał za nic odpowiedzialności, ale chętnie przynosił drogie prezenty.
Tia twierdzi, że jest szczęśliwa i ja jej naprawdę wierzę. Ale myślę, że jest w niej nutka smutku, że życie mogło być weselsze. Choć twierdzi, że tak naprawdę żałuje tylko tego, że wyrzuciła swojego pierwszego misia w jakiejś furii porządków z 15 lat temu. Ale tego faktu zaczęła żałować już następnego dnia po wyrzuceniu.
Lubię słuchać jak ze spokojem opowiada o jakichś dziwnych fragmentach swojego życia i zaczynam rozumieć dlaczego w Chinach życzenie: „obyś miał ciekawe życie” jest przekleństwem. Lubię słuchać Tii, ale bardzo chciałabym, żeby za 30 lat nie było we mnie tego spokoju, pokory, uśmiechu i tej kropelki smutku, bo chyba wszystko mogło być inaczej.