Przed wyjazdem zorganizowałam spotkanie z moimi najbliższymi praskimi znajomymi. Tak się składa, że jest między nimi dwoje Węgrów. Wszyscy zaproszeni byli strasznie kochani, i pomimo iż wyjeżdżałam tylko na 12 tygodni każdy przyniósł mi jakiś upominek.
Od „moich Węgrów” dostałam dwie książki:
Imre Kertész „Človek bez osudu“ („Los utracony"),
oraz Sándor Márai: „Svíce dohořívají” („Świece dopalają się do końca")
i w sumie w ten sposób dowiedziałam się, że istnieje literatura węgierska
(co podejrzewałam już od czasu gdy w 2002 roku Imre Kertész dostał literackiego Nobla :).
Wręczając mi książki pan Z. powiedział, że „Los utracony” to ze względu na Nobla, najbardziej znana na świecie węgierska książka, za to „Świece dopalają się do końca” to najlepsza węgierska książka.
Przeczytałam obie, obie mi się podobały i nie jestem w stanie jednoznacznie wyrazić opinii, która z nich była „lepsza”. Ponieważ były totalnie (ale głupie słowo, ale bardzo pasuje) inne.
„Los utracony” to coś w rodzaju „Innego świata” G. Herlinga – Grudzińskiego, tylko, że napisana z perspektywy 15 letniego chłopca i jak dla mnie dużo mniej „koloryzowana”. Jest to opowieść o losach małego Żyda, który w sumie nie czuje się Żydem, tylko Węgrem i nie za bardzo wie, dlaczego jest odwieziony do obozu koncentracyjnego. Przedstawia swoją historię bez zbędnej tkliwości, tak po prostu, chyba głównie ze zdziwieniem, o co w tym wszystkim chodzi? Nie stara się opisywać biegu wydarzeń ciekawiej ani bardziej dramatycznie niż mu się wydawały w momencie, kiedy rok „żył” w Oświęcimiu, Zeitzu i Buchenwaldzie. Książkę czytało się ciekawie, powiedziałabym jednym tchem. Ale tak samo czytałam „Inny świat”, „Medaliony”, czy wiele innych książek traktujących o wojnie.
Nie umiem powiedzieć, czy ja będąc w komisji przyznającej Nobla dałabym go akurat Kertészowi. Chyba nie. W pewnym sensie zgadzam się z jedną z recenzji, którą czytałam, że dostał go głównie dlatego, że jest Węgrem, A TEŻ był w obozie koncentracyjnym. No może nie aż tak drastycznie, ale jest to po prostu dobra książka, ale nie literatura ani opowieść, która rzuca na kolana.
„Świece dopalają się do końca” jest z zupełnie innej bajki. W tej powieści nie dzieje się nic. Tak bardzo nic, że Pan Boski (było nie było, technokrata i ignorant w dziedzinie literatury pięknej), tarzał się ze śmiechu czytając kolejne, wzniośle napisane zdania. W „Świece dopalają się do końca” chodzi mniej więcej o to, że bogaty Węgierski generał przygotowuje się do wizyty swego, kiedyś, najlepszego przyjaciela, nomen-omen Polaka, z którym nie widzieli się ponad 42 lata. W między czasie przypomina sobie wspólnie lata spędzone w szkole oficerskiej w Wiedniu, i potem podczas służby wojskowej. Powodem rozstania była zdrada, której dopuścił się Polak, najprawdopodobniej (bo nie jest to moim zdaniem tak zupełnie pewne) z żoną Węgra, no i domniemanie, że chciał go zabić podczas polowania, dzień przed swoim nagłym odjazdem.
Jak już pisałam nie dzieje się nic, a jednak również w jej wypadku nie da się oderwać wzroku od stron książki. To pierwsza powieść Márai’a, którą czytałam, ale ponoć ta gęsta, pełna „domówień” atmosfera jest charakterystyczna dla jego prozy. Nie porywa akcją, ale klimatem. Wszystko opisane jest tak dokładnie, że ma się wrażenie, że ogląda się obrazki a nie czyta książkę, a z drugiej strony nieomal wszystkie pytania pozostają bez odpowiedzi. Dlaczego tak naprawdę Konrad wyjechał? Czy chciał zabić Generała? Dlaczego Kristina, aż do swojej młodej śmierci nie starała się spotkać z mężem, który wyprowadził się do myśliwskiego dworku?
Pewne jest tylko to, że z mojego punktu widzenia, i tylko dla ideałów, cała trójka w pewnym sensie zmarnowała sobie życie. W samotności i ciszy.
Ponoć większość węgierskich krytyków spodziewała się, że to właśnie Márai dostanie literacką nagrodę Nobla. Książka była ciekawa, może kiedyś jeszcze przeczytam ją ponownie, a pod względem środków literackich na pewno lepsza od prozy Kertésza, ale i jej Nobla bym nie przyznała. Ponoć M. Forman właśnie zaczyna kręcić film na podstawie „Świece dopalają się do końca”. No bardzo jestem ciekawa o czym ten film będzie. Albo wymyśli akcję, albo skupi się na przeszłości, albo pójdę do kina z poduszką. W książce może nie dziać się nic i jednocześnie może być porywająca. Z filmem tej sztuczki powtórzyć się nie da. Moim zdaniem.
No w każdym razie chciałam Ci napisać, że literatura węgierska, w brew pozorom, istnieje, a na dodatek jest bardzo ciekawa, dlatego gorąco ją polecam. Pozwolę sobie jednak poczekać na Nobla dla Kapuścińskiego:)