Jeszcze przed wyjazdem do Salamanki wymyśliłam sobie, że jak już przyjadę, niezależnie od tego jakie miasto zastanę, znajdę sobie jakiś „swój” kościół, do którego będę chodzić. Nie żebym była przesadnie religijna, wręcz przeciwnie, mój ksiądz z liceum nazwał by mnie dzisiaj „sekciarą”, bo ja jestem sobie religijna zupełnie po swojemu. Kościół też nie za bardzo chciałam znaleźć w celach religijnych, ale bardziej „myśleniowych”, żeby nie użyć górnolotnego określenia „kontemplacyjnych”.
Albo dobra, tak zupełnie serio to myślę, że istnieje coś takiego jak „pamięć powszechna” i moja mówi mi, że kościół to jedno z takich miejsc, gdzie człowiek czuje się bezpiecznie. Więc ja z góry założyłam, że mogę potrzebować mieć takie swoje bezpieczne miejsce w mieście do którego jadę.
W Salamance jest dużo kościołów: dwie naprawdę piękne Katedry – Stara i Nowa, czy też znane: Iglesia de San Esteban, de San Cristóbal, de San Martín. Tylko, że ja przypadłam sobie do gustu z kościołem o nazwie Iglesia de la Purísima, (który możesz zobaczyć klikając na link: http://www.guia-digital.com/salamanca/turismo/rm_purissima.cfm), który jak na istotnie przepiękne i przebogate miasto jakim jest Salamanka, nie robi żadnego wrażenia, ani z zewnątrz, ani w środku. Poza tym, że dla mnie to jest właśnie TO miejsce, to którego szukałam.
Powiem więcej, ”mojego” kościoła nie ma nawet w „Lonely Planet” a to oznacza, że naprawdę nie jest warty szczególnej uwagiJ Generalnie oczywiście.
Chodzę tam czasem na taką mini – 20 minutową mszę o 19:30, ale to głównie dlatego, żeby sprawdzić czy rozumiem jakieś kolejne słowo z liturgii. A tak na poważnie chodzę tam w innym czasie, żeby sobie ze sobą porozmawiać.
Czasem myśli przychodzą same, skupienie i wyciszenie pojawiają bez problemu. Ale zdarza się, że najpierw, jak mantrę, muszę powtarzać wszystkie znane mi modlitwy, żeby zagłuszyć napływ myśli, które mnie z jakiegoś powodu martwią. W takich chwilach staram się zastanowić nad każdym słowem modlitwy o której myślę.
Próbowałaś (eś) kiedyś skupić się, tak do końca, nad każdym słowem „Ojcze nasz” albo „Zdrowaś Mario”? Żadne nie jest przypadkowe, a wszyscy (?) klepiemy je myśląc o czymś innym:)
W momencie jak już naprawdę rozumiem czego dotyczą słowa modlitw, które powtarzam w myśli, zazwyczaj mój strach, który przyprowadził mnie do kościoła, jest już gdzieś daleko, a ja mogę zająć się czymś przyjemnym, na przykład dziękowaniem, że danego dnia, w moim życiu, stało się tyle dobrych rzeczy. Ale wtedy mogę już wyjść z kościoła, bo „dziękować” lubię jak idę…
Wtedy jest fajnie, bo jak się człowiek zamyśli, nieustannie dzieje się coś dobrego. Na przykład wczoraj: przemokły mi (znowu) buty, bo ciągle pada, ale pomimo tego nie było mi zimo w stopy, a wieczorny wykład o Castilla y León był bardzo ciekawy. Poza tym w domu było zabawnie i dostałam 4 smski! (czyli ktoś o mnie myśli). Do tego pogadałam sobie fajnie z moim nowym ICQ znajomym, a myślałam, że w ten sposób nie da się poznać normalnych ludzi. Itd., itd…
A poważniej, myślę, że mogę sobie pozwolić na tak swobodne podejście do religii, ponieważ robie to zupełnie świadomie. Poznaje historię kościoła, znaczenie różnych obrzędów i na razie odpowiada mi rola „sekciary”, ponieważ nie byłabym w stanie w odpowiedni sposób wypełniać wszystkich obowiązków Katolika. Inaczej to z mojego punktu widzenia jest tylko próba oszukiwania Pana Boga, co wychodząc z założenia, że jest w każdym czasie i wszędzie, jest bez sensu. Ale powszechnie ludzie o tym (moim zdaniem) nie myślą.
Ale jak już jesteśmy przy myśleniu.
Bardzo często zastanawiam się o czym myślą w kościele ludzie, których tam często (zwłaszcza tu w Hiszpanii) spotykam? Wiele z nich odmawia różaniec, albo inne monotonne modlitwy (nie chce siadać zbyt blisko, żeby im nie przeszkadzać). Zastanawiam się, czy też starają się rozumieć każde słowo, które mamlają pod nosem?
Tia, która jest katoliczką, twierdzi, że ona modli się w parku, że jej spokój jest tam. I że jej modlitwa to też głównie dziękowanie. Rozumiem.
Ale co myślą Ci ludzie, których zawsze (są to zawsze Ci sami ludzie, ale i ja jestem zawsze ta sama) spotykam na mszy o 19:30? Po co tam codziennie przychodzą? Może wiedzą, wierzą w coś, czego ja nie wiem, albo nie umiem zaakceptować? A może są tam tylko z przyzwyczajenia? Nawet kościół nie nakłada na nich obowiązku codziennego uczestnictwa w mszy świętej a jednak są. Dlaczego?
Wpadła mi do głowy przezabawna myśl, że przecież jestem w kraju Opus Dei, ale Ci ludzie nie wyglądają na członków prefektury personalnej:) Strasznie chciałabym umieć wejść do ich głów i dowiedzieć się co wtedy myślą, jak są na tej mini-myszy? Bo ja poza liturgia myślę tylko o nich.
No w każdym razie chciałam napisać, że to bardzo dobrze mieć sobie takie swoje bezpieczne miejsce, gdzie się wraca, jak stan naszych myśli odchyla się w kierunku ujemnym. I że nie ma znaczenia co to jest za miejsce, bo już sam fakt, że jest osiągalne, sprawia, że znika połowa zmartwień.
A jak będziesz w Salamance, zapraszam do Iglesia de la Purísima bo tam, z pewnością latać będzie kawałek mojej uśmiechniętej duszy:)