Había una vez… czyli innymi słowy dawno, dawno temu, a konkretnie tak ok., roku 42 n.e Herod Agrippa wydał rozkaz zabicia apostoła Santiago, a następnie wrzucenia jego ciała do morza. Tak też się stało. Ale jak to zwykle w legendach bywa, pewnego pięknego dnia, a było to w roku 813 zakonnik – eremita zwany Pelayo, chodząc po lesie zauważył bijące z wnętrza ziemi światło. Zakonnik, nie zakonnik ciekawość zwyciężyła i zaczął kopać, w ten sposób odkrył dawno zagubione ciało apostoła. Następnie sprawy potoczyły się szybko: mnich powiadamia o swoim odkryciu biskupa Teomidora, a ten króla Alfonso II, który 814 r.n.e buduje pierwszą, niewielką bazylikę na cześć szczęśliwie odnalezionego A. Santiago.
A trzeba pamiętać, że nie były to czasy szczególnie napawające optymizmem ówczesnych katolickich mieszkańców Hiszpanii. Większość terytorium półwyspu Iberyjskiego była zajęta przez Muzułmanów. A więc taki odnaleziony apostoł był bardzo, ale to bardzo szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Przede wszystkim, jak głosi legenda, niejednokrotnie, gdy bitwa z muzułmanami była już nieomal przegrana, pojawiał się na białym (!!!) koniu i ciął głowy niewiernych waląc mieczem na lewo i prawo. A już bardziej konkretnie od momentu postawienia pierwszej a następnie dalszych i kolejnych bazylik na jego cześć, możliwe było wzmocnienie wiary katolickiej w Europie a to w wyniku ruchu pielgrzymkowego, który z różnym nasileniem przetrwał od IX stulecia aż do dzisiaj. Jak twierdzą Hiszpanie miał wpływ na zmianę socjalno – (przychodzili pielgrzymi, często młodzi mężczyźni) – ekonomicznej (budowa miejsc odpoczynku dla pielgrzymów, kościołów a w konsekwencji zmiana struktury urbanistycznej obszaru) struktury terytorium, a konkretniej terytoriów przez które wiodą szlaki do Santiago. Jako ciekawostkę napiszę, że w celu opisania „El camino de Santiago” powstał pierwszy (ponoć) przewodnik turystyczny zwany „El Códex Calistinus”, który dzielił drogę do Santiago na 13 etapów, które powinni pokonać pielgrzymi.
Nie będę opisywać miast na drodze do Santiago, bo jak wspominałam dróg jest wiele, z których najbardziej znana jest tzw. Camino Francés, wiodąca przez Pireneje, ale istnieje i wiele innych, na przykład ta, która prowadzi z Sewilli, przez cała Hiszpanię i na przykład Salamanka, też leży na drodze do Santiago.
Ludzie podróżują do Santiago w celach religijnych, z ciekawości (jest na liście UNESCO), albo dla odpoczynku, każdy ma swój powód.
Zasady są proste: w chwili obecnej, aby zostać „Compostelano”- czyli oficjalnie uznawanym pielgrzymem do Santiago, należy uzyskać „skierowanie” z własnej parafii, potwierdzające, że chce się odbyć pielgrzymkę, a następnie przebyć co najmniej 100 km szlaku pieszo lub na koniu, albo 200 km na rowerze (nie umiem zrozumieć dlaczego ten koń jest dwa razy krótszy?).
Można również wybrać drogę „na skróty”, czyli pojawić się w Santiago w tzw. Świętym roku, kiedy 25 lipca wypada w niedziele i przyjąć komunię świętą w okresie +-15 dni od dnia głównych uroczystości, ale rok jubileuszowy zdarza się rzadko:), także nie ma na co liczyć.
W innym wypadku trzeba iść lub jechać, a po drodze zbierać pieczątki w odwiedzanych miastach. Ponoć zawsze znajdzie się miejsce do spania i tani poczęstunek, a cała „Droga Francuska” powinna zająć ok. 35 dni. Jako nagrodę w katedrze w Santiago de Compostela można zobaczyć największe na świecie kadzidło, które musi obsługiwać 2 ludzi a dynda i rozsiewa zapachy przez całą długość kościoła, żeby nikt nie czuł się niedowartościowany.
Więcej rad: ze względu na warunki klimatyczne najlepiej odwiedzić Santiago w maju lub czerwcu, względnie we wrześniu lub październiku. Pewnie dlatego ok. 65% wszystkich pielgrzymów przybywa do Santiago w lipcu lub sierpniu, kiedy, jak twierdzą wtajemniczeni, można oszaleć z gorąca.
I nie wolno brać na drogę nowych butów – co również bywa zwyczajem pielgrzymujących do sanktuarium.
Może zadajesz sobie pytanie, dlaczego strzeliłam taki wykład na temat „El Camino de Santiago”? Słusznie pytanie. Otóż, gdyby nie fakt, że postanowiłam jechać do Salamanki, prawdopodobnie na „drodze francuskiej” spędzilibyśmy wraz z Panem Boskim zasadniczą część wakacji. Oczywiście nieprzygotowani, bo niby skąd mieliśmy wiedzieć, że przedtem trzeba się zgłosić w kościele, a bez potwierdzenia z parafii o pomoc na drodze (ponoć) ciężej. Poza tym, wykład w szkole na temat Santiago bardzo mi się podobał, więc pomyślałam, że się z Tobą podzielę co „nieco” lżejszą jego wersją. Dodatkowo Santiago jest ostatnio „modne”, czytałam o nim w przeciągu roku co najmniej dwukrotnie w ramach jakiejś beletrystycznej przygody, ostatnio w „Zahire”. Ty, może, też – więc przynajmniej wiesz, która bije.
Dalej nasuwa mi się refleksja, że ludzie potrzebują mieć swoją Częstochowę, Lourdes, Piekary Śląskie, albo chociaż Kalwarie, a tu w Hiszpanii jest to, jakżeby inaczej, Santiago de Compostela.
No i to są właśnie powody dla których dzisiaj ponudziłam trochę na temat drogi do Santiago.