MACIERZYŃSTWO

Wczoraj po szkole nie uczyłam się nic a nic (leniuch wstrętny), usprawiedliwiając się faktem, że wieczorem wybierałam się na wykład dotyczący literatury hiszpańskiej w pierwszej połowie XX wieku (temat kiedyś pewnie powróci, bo bardzo ciekawy).

A po nim skusiłam się na herbatę z Pią (Tia, choć i to nie jest jej prawdziwe imię powiedziała, że woli, żebym nazywała ją tutaj Pią, bo miała kiedyś taką sąsiadkę, i bardzo jej się to imię podobało, a potem chciała tak nazwać swoją córkę, ale mąż się nie zgodził).

No więc skusiłam się na herbatę, która skończyła się po 22, pod domem w którym mieszka. Moje rozmowy z Pią nieświadomie zmieniają się w coś w rodzaju wywiadu, bo ja jej uważnie słucham, a ona chyba chce to komuś powiedzieć. To poznawanie jej życia nieomal boli, bo jakoś tak jest, że jak stopniowo zyskujemy czyjeś zaufanie, ten człowiek pozwala sobie na odkrywanie coraz ciemniejszych kart swojego życia. W przypadku Pii, jest to zupełnie niepozorne, ona to mówi jakby przez przypadek, jakby jej to do końca nie dotyczyło, a przecież musi (?) bardzo boleć.

Pisałam już, że ma dwójkę dzieci: syna i trochę starszą córkę. Pisałam też, że z synem rozmawia regularnie, ale tylko przez telefon, bo boi się jego napadów złości w restauracji.

Dziś przyszła kolej na córkę. Ma 32 a nie 34 lata, jak mi się wydawało, niedawno wyszła za mąż po raz drugi. Na pierwszy ślub nie zaprosiła obojga rodziców (bo zielone), na drugi zaprosiła tylko ojca, który, ku mojemu zdziwieniu, poszedł. O bracie nie wspominam. Syn i córka nie rozmawiają ze sobą od lat. Syn uważa, że siostra jest głupia (ponoć trochę jest), a córka, że brat jest nienormalny (i z tym Pia zgadza się w pewnym stopniu).

Córka rozmawia i spotyka się z ojcem, który na stare lata postanowił nadrobić zaległości z dzieciństwa swych dzieci. Zawsze dzwoni mąż córki, odbiera Pia i jak telefonistka prosi męża do aparatu. Potem mąż mówi z córką. Pia nigdy nie widziała rodziców męża swej córki a jego samego tylko raz, jak przyszedł odebrać jakąś paczkę i oddać psa na przechowanie. Jak twierdzi, na szczęście nie mają dzieci.

Pia 16 lat mieszkała SAMA w Paryżu, nie pracowała i cały swój czas i życie poświęciła wychowywaniu dwojga dzieci. Potem też zajmowała się tylko nimi, ale mąż pojawiał się już częściej. A teraz mieszkają w jednym mieście i nie widzą się nawet raz w roku??!!!. Ona się nie skarży, mówi o tym jak o zeszłorocznym śniegu, że owszem bardzo ją ta sytuacja boli, ale, że uważa, że to nie ona powinna cokolwiek zmieniać.

Powoli, spokojnie, bez emocji. A mnie chce się płakać.

Co trzeba zrobić, żeby „przypodobać” się swoim dzieciom?

Pytałam się jej, czy wie dlaczego jest właśnie tak jak jest? Powiedziała, że to przyszło stopniowo, a zaczęło się jak córka miała 16 lat i chciała ekstremalnie „wykorzystywać uroki dorosłego życia”, a Pia nie ze wszystkim chciała się zgodzić. Więc, aby ją „ukarać” córka rzucała się w ramiona Tatusia, który pojawiał się w ich życiu pomiędzy kontraktami w dalekich krajach i był niezwykle szczęśliwy, że córka nagle zaczęła go tak kochać.

Pia mówi też, że rozumie, że w czasie dojrzewania młody człowiek bardzo cierpi i że trzeba to jakoś przeżyć, ale potem powinien zrozumieć. I ona nie wie co takiego zrobiła, że jej dzieci nie zrozumiały.

Bo, na pewno jest w tym i błąd Pii. Myślę, że nie jest osobą, która pierwsza wyciąga rękę, już trochę lubi żyć ze swoim „nieszczęściem”, z tą swoją samotnością z domieszką znajomych. Ale może rzeczywiście jako Matka nie musi/nie powinna tej ręki wyciągać? W końcu to już są zupełnie dorośli ludzie. A może powinna. Nie wiem.

Więc jeszcze raz: co można zrobić, aby nasze dzieci nas lubiły i darzyły szacunkiem? Ja winię moją Mamę, za to, że miała dla mnie zbyt mało czasu, Pia miała go aż za dużo. I tak źle i tak nie dobrze. Dlaczego nie umiemy docenić rodziców? Tak tak, ja też mam „swoje powody”, ale może powinnam starać się bardziej… tylko czy będę o tym pamiętać jak już wrócę do Polski i znowu coś będzie nie po mojej myśli? Nie, już dziś wiem, że nie będę. Oczywiście „JA” to inny przypadek niż dzieci Tii. Tak tak, przecież mam „powody”, ale tak naprawdę to chyba wszyscy jesteśmy tacy sami. Excuses, excuses… Szczęśliwi Ci, którzy jak Pan Boski widzą w swoich rodzicach mini-Bogów (mniej szczęśliwa ich druga połowa, ale to już inna para kaloszy).

Już niedługo będę miała 29 lat, więc pewnie wkrótce przyjdą i dzieci. Już się boję. Na pewno będę nie taka, jak powinnam. Generalnie jestem strasznie trudna a co dopiero w roli opiekuna- stróża- nauczyciela Młodego Człowieka!?

Moja Siostra jest super – Matką, a jej mąż świetnym Ojcem. Ale czy Mrówki będą sobie z tego zdawały sprawę za 10-20 lat? Dziś tak myślą, to wiem na pewno. Ale i dzieci Pii myślały w tym wieku. Gdzie tkwi błąd, który tak wiele z nas – dzieci/niedzieci sprowadza na manowce?

Ciebie nie? To masz wielkie szczęście, albo bardzo nie masz dystansu do samego siebie. Znam mało rodzin gdzie stosunki rodzice-dziecko są optymalne. W skrócie albo rodziców nie lubimy i frytki, albo obdarzamy pół-boskim szacunkiem tworząc nowoczesny obraz kompleksu Edypa/Elektry. Może jestem pesymistką, a może optymistką, która pozwala sobie widzieć świat jakim jest, a nie jakim chciałaby żeby był.

Ja jestem z wariantu „włoskiej rodziny” czyli kochamy się lub nienawidzimy w zależności od sytuacji, pięknie i ekstremalnie. Mogło być gorzej, mogło dużo lepiej.

Mam w życiu parę marzeń: objechać Świat dookoła, odnieść wielki sukces zawodowy, mieć świetne mieszkanie itd. Tylko, że tak na prawdę liczy się tylko jedno moje marzenie: założyć fajną rodzinę, w której wszyscy będą zdrowi i będą lubić swoje towarzystwo. I będzie rodzina która już mam i rodzina mojego towarzysza życia. Tak zwyczajnie, po prostu, codziennie. Szkoda, że jest to jedyne marzenie na które w najmniejszym stopniu nie znam recepty. Znam tylko te z gatunku: tolerancja, wzajemny szacunek, ugotuj zupę z jelenia – świetne, tylko jak to zrobić w praktyce?

P.S.

Przepraszam ewentualnych czytelników płci męskiej, ale pisałam ze swojej perspektywy, dlatego „macierzyństwo”.

Leave a comment