13:30
Dzisiaj (bo piszę w sobotę)
odwiedzi nas nieproszony gość. Nieproszony i niechciany a jednak nieunikniony.
Pan Pepe nalepi na drzwi naszych pokoi kartki z informacjami dotyczącymi naszych
przyszłych współmieszkańców. Bo teraz zamiast w szóstkę mieszkamy w trójkę.
Paulina – Holenderka, Stefi – Niemka i ja. Reszta, albo już pojechała, albo
przeprowadziła się do swoich krajanów. Na dwa tygodnie szkoła o nas zapomniała
(a dokładniej mówiąc nie miała chętnych), ale trzeci raz już się chyba nie uda,
przynajmniej tak wynikało z listy, którą miała w ręku zaprzyjaźniona
sekretarka.
Mógłby już przyjść i nalepić te
głupie kartki, to wszystko było by jasne. A tak czekamy. Konkretnie ja czekam,
bo Stefi śpi po wczorajszej imprezie, ukrywając w swoim pokoju belgijkę,
siostrę naszej wspólnej koleżanki. Mam za zadanie bronić wejścia do pokoju
Stefi, żeby nie zobaczył, że ktoś tam jest. Bo szkoła strasznie nie lubi
niepłaconych odwiedzin.
Teraz jest fajnie. Jak jesteśmy
tylko 3 baby to kuchnia jest czysta (no w miarę, norm ISO Pana Boskiego, to by
na pewno nie spełniła), pranie też zbieramy zaraz jak wyschnie. No i bajer
największy… pokój tylko dla siebie. Pojedynczy kosztował 400 EUR więcej, więc
nie mogłam sobie pozwolić, ale jednak to wielka różnica. Fajnie tak móc się zamknąć
w pokoju i być sama. Czytać, pisać, myśleć i nie czuć dymu z papierosów
Stefi!!! Auuuu
Poza tym, jak jesteśmy 3, to w
„salonie” nie ma trzydziestu tysięcy puszek po piwie i butelek wódki, jak to
zwykle bywa, gdy w mieszkaniu przebywają młodzi Holendrzy (♂). Jest trochę
porządniej.
A, oj mamy dostać nowego
Holendra(ke?)! I Amerykankę i Niemkę.
Jak się uda, to biorę
Amerykankę, przynajmniej angielski podszlifuję, jak już nie hiszpański. Niemcy
zazwyczaj znają niemiecki, kropka. Stefi jest wyjątkiem, bo chce zostać
tłumaczem z angielskiego i hiszpańskiego. Dotąd mieliśmy w domu jeden
przypadek, Haniyeh – mieszkanka Iranu, mówiła z nami (a konkretnie ze mną, bo
reszta ją olewała) po hiszpańsku. Ale to też dlatego, że angielski nie był jej
najsilniejszą stroną (zresztą hiszpański też nie, a za rok ma być tłumaczem z
uprawnieniami dla obu języków !!!)
Najchętniej to bym poszła spać,
bo tak jakoś sennie jest w powietrzu, ale nie mogę, muszę czekać, żeby pobrać
Amerykankę (Stefi wstała, może być bitwa, bo Amerykanka zostaje krócej. Niby
jest ustalone kto kogo bierze, ale…:) Zrobię sobie jakieś papu, to będę
bardziej senna. Nie zrobię, to umrę z głodu, a miałam w planie się tu tuczyć!
Idę robić paszę… Gdzie jest ten
Godot, do cholery??? (Stefi nigdy nie słyszała o Godocie, a ponoć nasz system
edukacji jest gorszy)
19:32
Godot jednak przyszedł, w 2
osobach (Pele i Marysol) w celu posprzątania po Francuzce, a przecież bajki ZAWSZE
kończą się dobrze! ….Wyjątek potwierdza regułę 😦
Cztery tygodnie będę mieszkała z
Avery. Wiem, że jest Amerykanką i to by było na tyle. Będę miała „intercabio” z
angielskiego 🙂 Poznam ją jutro. Od czasu do czasu Internet udaje, że działa
też w moim pokoju, więc odezwał się David, Hiszpan z Madrytu z którym czasem
sobie porozmawiam. Napisałam mu, żeby przyjechał do Salamanki, ale już nie
kiedy, bo Internet przestał udawać. Mogłabym iść do dużego pokoju… tam
najczęściej działa, ale całe to wyłączanie, przełączanie, zostawię sobie na
wieczór. Poza tym Pan Boski nie umarłby chyba z zachwytu, gdyby się dowiedział,
że odwiedza mnie jakiś Hiszpan z Madrytu. Zwłaszcza, że tylko tak z głupoty
napisałam, żeby przyjechał, bo do Madrytu 2,5 godziny drogi autem, a tu euforia
w oczach???!!! Trzeba być ostrożnym, licho nie śpi!
Poza Davidem rozmawiam jeszcze z
jednym sympatycznym mieszkańcem Krakowa, który być może nie życzy sobie, żebym napisała
jego tajemniczy nick (już kiedyś o nim pisałam) oraz Polakiem z Niemiec, który prawdopodobnie
rozpaczliwie poszukuje żony, bo nie interesuje go nic poza danymi personalnymi
i wyglądem. Może wyjechał za młodo, żeby znać piosenkę „nie bądź taki szybki
Bill”, a ja o tym Einsteinie to bym jednak parę słów zamieniła zanim mu zdjęcie
poślę:) Zastanawia mnie dlaczego na ICQ nigdy nie odnajdują mnie żadne kobiety?
Fatum jakieś czy cuś?
20:43
Panny wróciły z zakupów. Opowiedziałam
im o odwiedzinach Godota, włącznie z tym, że Pani sprzątaczka trochę mnie
musztrowała za niezmyte podłogi. No obraza boska! Panny były tak urażone
faktem, że ktoś może skrytykować ich podejście do porządku (za które Pan Boski
zabił by je/mnie w ciągu 6 sekund), że na wszelki wypadek zapomniałam jak się
nazywała sprzątaczka, bo jak je znam to na pewno poskarżyłyby się w szkole. A
Pani wygląda na taką, co potrzebuje mieć prace. Na szczęście pamięć mam dobrą,
ale krótka, jak zaistnieje konieczność. Fakt faktem, że płacimy słono, między
innymi za to, że raz w tygodniu ktoś tu przychodzi umyć podłogi i łazienki i
niestety zawsze robi to nieporządnie. Inna sprawa, że ich (panienek) podejście
do porządku wyprowadza z równowagi nawet mnie… a kto mnie zna, ten wie, że
jestem z natury raczej (eufemizm) bałaganiarą. Teraz było lepiej, bo byłyśmy
tylko 3 i przynajmniej kuchnia była ok. Sobotę i niedzielę i tak zaczynałam od
sprzątania „salonu”, a o pokojach lepiej nie wspominam. U mnie porządeczek, ale
to zasługa całych lat tresury Pana Boskiego. Tylko psss, lepiej niech się nie
dowie, bo znów się zacznie.
00:25 – czyli już niedziela
Dziewczyny poszły na imprezę.
Jak co dzień. I na zdrowie. Moja siostra przekonuje mnie, że czasem też
powinnam. Niby często ma rację, ale: 1. tam są sami bardzo młodzi ludzie 18-22 (max.)
2. w drodze powrotnej najczęściej już nie za koniecznie potrafią znaleźć drogę
do domu, bo są jakby troszkę „zmęczeni”, a ja nie pije 3. ja to lubię moich
Bytomian i Prażynki (Polki w Pradze) i Prażaków i Łodzian a jak ich zobaczę to
chętnie pójdę na imprezę. Imprezowanie może poczekać. Ja jestem cierpliwa
bestia.
Dobranoc!