Od jakiegoś wczoraj dochodzę do
wniosku, że jestem ekstrawertykiem, który bardzo lubi pobyć sam.
Ja wiem, to jest dosyć
sprzeczna, ale zaskakująco trafna charakterystyka.
Wszystkie Panny (teraz są same
dziewczyny), z którymi mieszkam i które nas odwiedzają, są sympatyczne, ale ja
i tak jak głupia cieszę się na te momenty, kiedy będę mogła pobyć zupełnie
sama. Taka samiuteńka, malutka, bez żadnych dźwięków typu radio grające te same
piosenki, albo telewizor, w którym ciągle pokazują programy z gatunku „Koła
fortuny”. SAMA. Mogę nawet pogadać z Panem, który przyszedł odczytać
wodomierze, mogę śmieci, za wszystkich, jak zwykle, wyrzucić, duży pokój
posprzątać. Ale SAMA.
Chyba już jestem generalnie za
duża, żeby nie użyć słowa za stara, na mieszkanie w tak wielkim stadzie osób,
do których mam sympatyczno – ambiwalentny stosunek i które z zasady,
wykształcenia i wieku nie mówią o niczym innym tylko o imprezach na których
były lub będą, bo o rozmowach jako takich raczej nie może być mowy.
Radiostacja, którą odbiera nasze
radio gra ciągle te same piosenki, ostatnio wpadłyśmy na pomysł, żeby zrobić
play-listę tego radia. Czasem myślę o zrobieniu play-listy tego co Panny mówią.
Nawet konstrukcja zdań i proporcje wykorzystania wyrazów powszechnie uważanych
za obraźliwe w zasadzie się nie zmieniają. Wyjątki stanowią: „moja” Amerykanka,
z którą raz (znam ją od niedzieli) rozmawiałam zupełnie o wszystkim i
Holenderki, które są odrobinę starsze (no nie ode mnie oczywiście, jedna
wiekiem – ma 25 lat, druga ma 18,ale jest bardzo dojrzała jak na swoje lata),
które też mają swój język i opinie. Ale Holendrzy generalnie trzymają się razem
i niechętnie przyjmują kogoś z innego środowiska. Cieszę się, że mnie tolerują.
Może tak generalnie to bariera językowa?
Ale nie wydaje mi się, wszyscy mówią świetnie po angielsku. Najciekawsze
zjawisko, które Pan Boski uważa za charakterystyczne dla wszystkich rozmów
toczących się w gronie kobiecym, z czym ja oczywiście generalnie się nie
zgadzam, to to, że one najczęściej nie słuchają tego co ta druga ma do
powiedzenia. Mam wrażenie, że czekają tylko aż zamilknie, aby wypowiedzieć
swoją kwestię. Czyli naprawdę mamy tu do czynienia z mówieniem nie rozmowami. Więc
staram się nie mówić zbyt wiele. Akurat tyle, żeby to nie wyglądało
podejrzanie, od czasu do czasu walnąć jakąś herezję z której się zaśmieją i to
wszystko. Może to taki kryzys 6 tygodnia, że nie tylko widzę, ale zauważam?
Dobrze, że mam dobry humor i extra, że dziś je jakoś wywiało (3 szt. powitalna
kolacja, a Stefi kawki z koleżankami), bo odczuwam już lekkie zmęczenie
materiału, w wypadku którego najkorzystniejszą terapią jest izolacja
podejrzanego obiektu, czyli mnie. Jutro, po jutrze, mam nadzieję, znowu
szczęśliwie oślepnę i będę wstanie słuchać „że Miguel….” I absolutnie nie
oczekiwać wzajemności (w słuchaniu). Z resztą czy ja mam w ogóle coś do
powiedzenia, skoro nie znam a co najgorsze nie chce znać Miguela???!!! ( ma
jakieś 20 lat)….. Właśnie!