JORGE BURCAY I OPOWIADANIE ZE ZŁYM TYTUŁEM

W Argentynie panuje moda na
psychoanalizę. Każdy kto może sobie na to pozwolić, rończo się jej poddaje, a
kto nie może, ten opowiada, że mógł.
Jednym z najbardziej znanych
argentyńskich psychoterapeutów jest właśnie Jorge Burcay, który postanowił
zarobić na swej pracy dwa razy, także wyniki swoich eksperymentów z duszami
pacjentów i „pacjentów” publikuje w formie książkowej.
Psychoterapia odbywa się w
sposób następujący: człowiek przychodzi z „problemem”, wielokrotnie oczywiście,
i po X takich sesjach Pan Burcay opowiada mu przypowieść – coś w rodzaju bajki,
która ma pacjentowi uzmysłowić jego problemy i być drogowskazem.

Jeden taki "drogowskaz" czytaliśmy
na wieczornych zajęciach, nazywał się „El Buscador” – „Poszukiwacz”.
Opowiadanie było zaiste bardzo sympatyczne i dobrze się je czytało. Ale nie
zgadzam się za bardzo z jego treścią, a już z pewnością myślę, że pan
psychoterapeuta nie rozumie ludzi, którzy potrzebują poszukiwać, albo w lepszym
wypadku, nie wpadł na lepszy tytuł dla swego opowiadanka. Choć w pierwszej
części podaje rodzaj definicji, z którą się utożsamiam. Poszukiwacz – to jego
zdaniem – osoba, która nieustannie poszukuje, choć nie zawsze znajduje i już
zupełnie nie zawsze wie czego szuka. Także jej życie staje się nieustanną
wędrówką. Koniec końców myślę, że chciał  upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, bo
reszta opowiadania dotyczy jego postrzegania sensu życia.

No dobra, koniec wstępu, o czym
jest opowiadanie? A więc ów „Poszukiwacz” (niech mu będzie), chcąc odpocząć w
podróży, siada w przepięknym miejscu (kwiatki, motyle, te sprawy…), które
okazuje się być przedziwnym cmentarzem. Na cmentarzu leżą kamienie a na nich
jest wyryte imię i informacja: Julian, żył 10 lat; Lola, żyła 5 lat, 2
miesiące, 2 dni,1 h; Pepe, żył 7 lat, 8 dni, 3 min. Najwięcej ile znalazł, było
11. Dzieci???? Jak to w opowieściach bywa, „Poszukiwacz” już miał zamiar zacząć
zalewać się łzami a tu napatoczył się starzec, który wytłumaczył mu szczęśliwą
pomyłkę. Otóż w pobliskiej miejscowości w wieku 15 lat, każdy dostaje notesik a
w nim całe życie zapisuje momenty, kiedy był ekstremalnie szczęśliwy, razem z
czasem ich trwania. Na przykład: 1 randka – 4 h, powalający zachwyt nad
pierwszym dzieckiem – 3 tygodnie, zwolnienie znienawidzonego szefa – 2 lata
itd. Kiedy człowiek umiera, bierze się taki zeszyt, sumuje wszystkie te naj
najcudowniejsze momenty i tę sumę umieszcza na nagrobku – jako czas, kiedy żyło
się NAPRAWDĘ.

 Ciekawa i sympatyczna myśl, ale
prawdę mówiąc nie umiem się z nią zgodzić.

Pierwsza sprawa to ten
nieszczęsny tytuł + definicja vs. reszta opowiadania. Myślę, że „Poszukiwaczowi”
nie trzeba tłumaczyć co to znaczy żyć. W każdym razie nie w powyżej opisany
sposób. „Poszukiwacz” wie kiedy jest dobrze a kiedy źle, jego problemem jest
to, że nie potrafi się zatrzymać. Nie zdoła ustać w miejscu. MUSI sprawdzić co
jest po drugiej stronie tęczy. Jeśli chce się mu pomóc (kwestia, czy da się
przerobić sokoła na żubra) i zatrzymać go, to przypuszczalnie (bo sama nie
wiem) należy dać mu sensowne wytłumaczenie dlaczego druga strona tęczy jest
akurat tutaj. I przekonać go, że tęcza jest tylko jedna. Ale mam wrażenie, że
dla niektórych, życie po prostu jest wędrówką, nie tylko w czasie, ale i w przestrzeni.
Takie mają parametry i tyle. Z dość ciężkim sercem konstatuję, że chyba należę
do tej grupy systemowej, więc mam jakieś doświadczenie. Jak raz na 2-3 lata
porzucam wszystko i idę (jadę, lecę, płynę) w nieznane, to nie dlatego, że
oczekuje, że „tam” będzie lepiej. Bo to jak jest, jest w nas i nawet nie za
bardzo zależy na okolicznościach. Ale i tak MUSZĘ sprawdzić czy ten skarb jest,
czy też go nie ma? I przede wszystkim, gdybym nie poszła, byłabym nieszczęśliwa
i dusza nie umiałaby usiedzieć w ciele. Tak jak ptaki wędrowne muszą lecieć,
żeby wrócić, „Poszukiwacz” musi odejść, żeby wrócił spokojniejszy.

A co do prawdziwego życia. Z
radością stwierdzam, że nie żyję tylko wtedy, kiedy jestem ekstremalnie
przepełniona szczęściem. Czasem, choć to ryzykowne stwierdzenie, żyje bardziej,
kiedy jestem nieszczęśliwa. Oczywiście, że tego nie lubię. Ale wtedy żyję,
każdą minutę, każdy ułamek sekundy. Plus bez złych momentów nie da się docenić
tych dobrych. Bez doświadczenia niedostatku, nie da się lub wymaga to
wyjątkowej inteligencji, cieszyć się możliwościami wyboru (co widzę na
załączonym obrazku snobów, których tabuny chodzą ze mną do szkoły).

Sama z różnym skutkiem pracuje
nad tym, żeby żyć jaknajczęściej. Świadoma swych kroków w sensie dosłownym. Jak
się zamyślę, nie widzę znajomych na ulicy a powinnam umieć i myśleć i
obserwować. Wiedzieć gdzie i dlaczego postawiłam filiżankę.
Permanentnie, ekstremalnie
szczęśliwe życie to (na szczęście) fikcja, marzenie, które jeśli się spełni
może stać się przekleństwem, bo… będziemy szukać dziury w całym, taka już jest
natura ludzka. Albo nie będziemy w stanie tego szczęścia docenić. Przynajmniej
ja mam takie wrażenie.

Oczywiście istnieje również
możliwość, że Jorge Burcay swoim opowiadaniem chciał osiągnąć tylko tyle, żebym
się zastanowiła nad życiem i jego odcieniami, a sam wcale nie koniecznie zgadza
się z własnymi opiniami. Jeśli tak było, to może się uśmiechnąć. Panie Burcay,
1:0 dla Pana. Zastanowiłam się. Dzięki.

Leave a comment