Cały dzień (no 5 godzin tylko) spędziłam na czekaniu na
jakiegoś profesora – o imieniu Miranda, który w końcu nie przyszedł, po co, skoro miał? Najpierw obeszłam pół miasta a następnie czekałam
otulona w polar i płaszcz i szalik i rękawiczki, ale jak się okazało to za
mało. Chyba się przemroziłam. No to się uśmiałaś/eś, co? Polak potrafi,
zwłaszcza Agradabla:)
Jak przychodzi mi do głowy pytanie: po cholerę ja tu
przyjechałam? (a przychodzi nie częściej niż raz na pół godziny:) staram się
tłumaczyć sobie, że to ma głęboki sens, który na pewno wkrótce zrozumiem.
No i cały czas boję się wróżby A.D., że nie pamiętam dokładnie
w maju czy czerwcu ma się stać coś….… wielkie zmiany, jak ona to mówi. Ja to
sobie zawsze znajdę podwód do bania:)
Poza tym mam się dobrze! Plan nadal się nie dotworzył:) Ta informatyka co chciałam to ponoć głównie Office, IE itp ciężkie sprawy;)… chyba powinnam sobie darować.
Zaraz
chyba rzucę się do łósia, bo rano znów mam zacząć czekać… a do tego czasu
wolałabym już znowu być nówką. No dobra, w łóżku poczytam Manolita.