Pierwszy
raz w życiu chciałam, żeby semestr trwał dłużej. Mam wrażenie, że czas ucieka
mi przez palce. Chciałabym nauczyć się więcej, nauczyć się szybciej.
Nie
jestem przyzwyczajona do bezsilności, do tego, że nie potrafię czytać,
przyswajać tak szybko jak bym chciała, a jak czytam jak ślimak to mnie to
nudzi. Widzę zmianę. Notatki z zajęć są
coraz staranniejsze, powoli widzę słowa, które miesiąc temu napisałam źle. Ale
czasu jest mało. I właściwie nie mam żadnych możliwości, żeby z kimś mówić. W
domu jestem zazwyczaj sama, w szkole, słucham. Jasne, czasem się odezwę, ale
to są 2-3 zdania na dzień. Czas ucieka, semestr skończy się za 2,5 miesiąca,
potem sesja. Nawet nie chodzi o to, czy zdam egzaminy, ale bardzo chciałabym
się nauczyć więcej niż, mam wrażenie, zdołam. Jestem leniwa, niestety. A może
to normalne, że po 5-6 h zajęć dziennie,
kiedy muszę się skupić, żeby zdążyć zapisać wszystko po hiszpańsku, nie chce mi
się siąść do książek, zazwyczaj napisanych niezupełnie najłatwiejszym językiem?
Na
wykładach jest OK., nauczyłam się robić w miarę porządne notatki, nawet wtedy
kiedy Hiszpanie piszczą, że za szybko. Ale „literatura” jest jednak ciągle
trudna. A raczej nudna, czyli jak zwykle, ale w bardzo-nie-swoim języku czuje się
to intensywniej. Niby rozumiem słowa, ale nie chce mi się nad nimi skupić, żeby
zrozumieć zdania. Trochę marudzę, co? Wiem, że to, że jestem tutaj to wielka
szansa. Zdaję sobie sprawę, że we wrześniu nie za bardzo umiałam się przywitać
po hiszpańsku. Do tego jest pięknie. Słonce, co najmniej +25, ciekawe zajęcia,
fantastyczne miasto. Jest mi dobrze, tylko czuję się trochę uwiązana, tym, że
nie znam języka tak jak bym chciała. Do tego zbyt głupia, żeby zmusić się do
systematycznej pracy. Jestem książkowym przykładem ucznia o którym nauczyciele
mówią „zdolny, ale leniwy”. A to takie fajne chodzić do szkoły, która ma 501
lat, a godziny odmierza stary dzwon, który bimba co 15 minut. Doceniam to i
dziwie się swojej głupocie, ale mam trudności z jej ujarzmieniem 🙂