ZNOWU NA KOŃCU ŚWIATA

Tym
razem tylko 15 h i jestem na miejscu. Zmęczona dosyć, ale nie umierająco. Samolot…hmm.

No
miałam odlecieć wczoraj, ale cytuje „SmartWings sprzedał miejsca w samolocie w
którym nie miał zarezerwowanych miejsc i proponują mi odlot innym za 4,5h „
, no
bajer, tyle, że poza czekaniem, przepadł mi bilet na autobus i drobnostka
musiałabym chyba spać na lotnisku w Madrycie w oczekiwaniu na pierwszy autobus do Sevilli.
Nie byłam przesadnie miła dla Pani supervisor, tak mało przesadnie, że mi
obiecała, że dziś polecę nawet gdyby miała wywalić kogoś kto zarezerwował
właśnie ten lot.

Bo Pan
Boski wpadł na to, że mogę lecieć dzisiaj. No i poleciałam. SmartWings uważa,
że ma problem z głowy, my mamy wrażenie, że dyrektywy Unii Europejskiej nakładają na nich obowiązek wypłacenia mi 400
EUR. Będzie zabawa, zobaczymy kto ma rację. Oni to jednak mają poczucie humoru. Dobrze,
że jechałąm z drugiego końca Pragi, a co gdybym jechała z Ostrawy albo Kłodzka?

Ten
dzisiejszy lot spóźnił się zaledwie 40 minut więc cudem, o 15:49 wpadłam na dworzec "Sur",
w 3 bankomacie udało mi się wypłacić kasę na nowy bilet, znaleźć okienko
odpowiedniej firmy, odstać w kolejce, kupić bilet, polecieć do kibelka i o
16:00 odjechać. Speedy Gonzales. To wszystko z 17 kg plecakiem na plecach +
małym plecakiem w ręku. Speedy Gonzales – Kulturysta.

Podczas
6h jazdy autobusem przestało mi się nawet chcieć spać, więc oglądałam okolicę.
Pan Boski ma rację, ta Hiszpania z okien autobusu, naprawdę nie jest powalająca.
A Andaluzja z pewnością najciekawsza. Nie mówiąc o przepięknej Sevilli. Więc
mam szczęście.

I dużo
pracy. Nie mam pojęcia jak ja sobie teraz poradzę, ze szkołą, 5 egzaminami za
chwilę no i pracą, teraz na pół etatu, ale jednak. Żeby tylko Internet działał, bo bez
niego to serio będzie bardzo trudno.

Tak
więc znowu jestem na końcu świata, czuję jak pachną pomarańcze a za chwilę idę
spać. W tym tygodniu muszę zrobić duuużo rzeczy do szkoły, żeby od maja
wyrabiać się z pracą.

W
Bytomiu, Skrbie i Pradze było bardzo fajnie. Choć czuję, że jak wrócę będzie mnie kosztowało
trochę czasu i wysiłku nawiązanie relacji z tymi z którymi jednak się trochę rozluźniły. Ale
to są naturalne koszty fanaberii wyjazdowych.  Są ludzie, których mogę nie widzieć miesiącami a nie zmienia się nic, może to kwestia czasu spedzonego razem?

Co do Pana
Boskiego, to był (poza falstartem) naprawdę Boski, chyba mi chłopak dorasta. A
nawet gdyby nie, to było bardzo przyjemnie. Należy się cieszyć każdym dniem, prawda?

Wróciłam. Teraz
już będę, mam nadzieję, że będę też bardziej obowiązkowa w pisaniu… jeśli mnie jeszcze ktoś
czyta:) A jeśli nie, to dla siebie. W pewnym momencie to bardzo potrzebne, żeby uporządkować myśli.

P.S.
 Mam takiego jednego, zupełnie małego chłopca, którego czeka bardzo poważna operacja serca, dodaj mu sił dobrą myślą jakbyś miał/a czas.

Leave a comment