W tym
tygodniu muszę wyprodukować kilka „pracek” do szkoły, żebym w przyszłym mogła,
poza szkoła, zacząć zajmować się pracą. Tak więc dzisiaj produkowałam opisy
filmów. Sama siebie zaskakuje pomysłowością w kwestii wykorzystania Internetu w
celach niecnych. No bo niby jak ja mam opisać kwestie politycznej poprawności w
"Full Monthy" albo płaczu i zgrzytania zębami w Polsce lat 80 w "Dekalogu" Kieślowskiego
jeśli nie z pomocą skarbnicy wiedzy wszelakiej p.t. Internet w wersji jedynej właściwej –
hiszpańskiej?
Najtrudniejsze
jest wbrew pozorom uproszczenie opisów do takiej formy, żeby przy odrobinie
dobrych chęci profesor uwierzył, że to napisałam ja. Bo ja te recenzje czy
opisy filmów doskonale rozumiem, ale żeby tak przepięknie, artystycznym
językiem napisać po hiszpańsku, to jeszcze (niestety) długo nie, więc walczę ze
sobą skracając i upraszczając każde zdanie. W sumie dobra zabawa. Filmy już mam
z głowy więc jeśli nie przyjdzie Regina – właścicielka mieszkania, z suknia do flamenco
do przymiarki, to zacznę jeszcze tworzyć recenzję ustawy o ochronie
krajobrazów. Tto juz SIAMA niestety.
Zapomniałam
napisać, że w tym tygodniu mam wakacje? Mam. Feria de Abril. Uczeń nie powinien
się przemęczać! Gdybym była Hiszpanką i studiowała tutaj, tak po prostu, bez
bariery językowej, to bym tak z 5 fakultetów skończyła. W jednym terminie. U nas
jakieś takie panuje przekonanie, że student po studiach powinien coś umieć. Czy
ja wiem, czy to takie znowu konieczne?
Dobra,
przestaje odwalać mądralińska, idę męczyć „Convenio Europeo del Paisaje”