Jestem śpiąca,
bo trochę wczoraj zaszalałyśmy. W każdym razie jak na mój spokojny tryb życia.
Ubierały
nas i czesały: Regina, jej siostra i portierka. Obie wyglądałyśmy ładnie. Były
wielkie koki, długie kolczyki i kwiaty we włosach. Sukienka Koleżanki Czeszki nie była zupełnie flamenco,
ale za to prosta, więc wyglądała bosko. W nocy zrobiłam jej jeszcze zdjęcia w „mojej”
nieomal jak z „Wielkiego, greckiego wesela”, więc wszystko ok.
Ja też
zwykle chodzę w spodniach, ale skoro tu taki folklor, to trzeba było zaszaleć…
Jak
Feria wygląda od strony technicznej? W Sevilli jest specjalny park a w nim na
czas Feria de Abril ustawia się mnóstwo namiotów – caset (setki). Przed wejściem
do 90% z nich stoi strażnik, dlatego można wejść tylko jeśli ma się wejściówkę,
albo znajomego w środku.
W
naszym wypadku obowiązywał wariant: znajomy w środku. Hiszpan, którego znamy z
medytacji (czego się nie robi, żeby pogadać po hiszpańsku), zaprosił nas do
swojej „casety” a potem również do „caset” znajomych. W każdym namiocie gra
muzyka, najczęściej flamenco, większość kobiet nosi stylowe suknie. A moja
rzeczywiście była wyjątkowa… bo te nowoczesne są zazwyczaj z włókien sztucznych
(sprawdziłam organoleptycznie), no ale tez ma ze 20 lat i wagę 🙂
Do tego
wszyscy w wieku od 4 do 140 lat tańczą „sevillanas”. Bardzo ładnie tańczą.
W
chwili obecnej suknia suszy się za oknem, dodatki posprzątane, a ja staram się
napisać jakieś cudo na temat Sieci Parków Narodowych w Hiszpanii. Muszę
skończyć do poniedziałku, a potem poza praca i szkołą zostanie mi tylko duża
praca z historii sztuki i jakieś drobnostki.
Wszystko
jest w najlepszym porządku, martwi mnie tylko to, że jakoś tak spodziewałam, że
będę się szybciej uczyć języka, a tu niby wszystko rozumiem, ale zasób słów „aktywnych”
jest nadal stosunkowo ograniczony. Bee Agradabla, beee!