Wczoraj wieczorem
malowałam wachlarz. Jeszcze nie zupełnie skończony, ale wygląda na to, że
będzie dosyć ładny. No i stała się „tragedia”. Roztrzęsły mi się ręce (no tak, to ten
Parkinson) i buteleczka z lakierem wypadła mi z łapek i przetrurała się po ślicznej,
białej bluzce i po sympatycznych spodniach koloru khaki. No bajer. Nie
wspomniałam, ze malowałam granatowym lakierem. Nie wiem, czy Mama albo Siostra
wymyślą jakieś cudo, żeby wyczyścić białą płócienna bluzkę, ale spodnie to bym
bardzo chciała. Są takie proste, wygodne i chodzę w nich codziennie. Oczywiście
próbowałam utopić dotyczne w rozpuszczalniku, ale kolor tylko się rozmazał. Nawet
się z siebie uśmiałam. Debil po prostu. Idiotka.
Takie cuda zdarzają się tylko ufoludkom albo mnie. Dobrze, że choć bluzka ma już
z 5 lat, to nie ma takiej tragedii. Tragedią jest tylko moje roztrzepanie
tudzież roztrzęsienie. Śmiech na sali:) Do doktora z nia!