tak naprawde najbardziej wysuniete na poludnie stale zamieszkale miasteczko znajduje sie 985 km dalej, ale jak na moje potrzeby ten konec swiata wystarczy.
Krajobraz ksiezycowy. Zrobilismy mase zdjec z pokladu samolotu, sa fantastyczne, jak wrocimy z pewnoscia jakies wrzuce na stronke.
Widac, ze w tej krainie rzadzi woda i wiatr. Calafate w ktorym sie obecnie znajdujemy wyglada az smiesznie sztucznie. Na pierwszy rzut oka widac ile pracy musial wlozyc czlowiek w to, zeby cos chcialo tutaj rosnac, stac, egzystowac. Wiatr wieje jak szalony. Male domki przycupnely pod skalami i udaja turystyczne miasteczko jak ze snow. Tak wyobrazam sobie Alaske… Nie chce myslec jak tutaj wyglada zima… mamy srodek lata a nikt nie rusza sie bez belnej zbroji!
Za godzine wyruszamy do el Chalten (to miasteczko zamyka sie na zime) ogladac oslawiony szczyt Fitz Roy pod ktorym bedziemy spac w namiocie (brr) a nastepnego dnia po powrocie pojedziemy ogladac lodowiec Perito Moreno.
Chcialam tyle napisac a teraz brak mi slow. Przyroda tutaj jest tak szalenie inna, ze nie wiem jak to ujac w slowa.
Patagonia to niesamowite pustkowie nie ma nic, tylko skaly, blekitne jeziora pelne ryb i smugi metnych niebieskich rzek. Przez to wszystko wija sie drogi, przeznaczone chyba dla rybakow, ktore z lotu ptaka wygladaja zupelnie bez sensu… prowadza z nikad i do nikad….
Na jakims plakacie przeczytalam zdanie, ktore sporo mowi o bezkresnej przestrzeni tutaj: "wszystkie drogi prowadza do Rzymu. Do Patagonii tylko jedna Ruta 40". Dzisiaj zawiezie nas do el Chalten.