2,5 dnia, 55 km, ponad 2000 m pod gorke, 2 noce pod namotiem ( w tym jedna pod lodowcem) wrocilismy. W tym 2 dzien ok 28 km i ponad 1000 m na gore…
a to wszystko z namiotem na plecach!!! (pan Boski niosl spiwory i ubrania)
Szczerze, bylo swietnie! Choc balam sie bardzo.
DZIEN PIERWSZY
wyruszylismy do parku autobusem o 7:30 z Puerto Natales. Dotarlismy ok 10:30.
o 12.00 odplynelismy promem na start naszej trasy
o 14:00 po lekkim obiedzie w schornisku wyruszylismy w droge
po 7km i 2h rozlozylismy namiot w tzw kampingu wloskim (zlokalizowanym pod lodowcem) i ruszylismy na gore ogladac graniowe szczyty – Cuernos.
Trwalo to ok. 4h i bardzo duzo metrow pod gore. Beda zdjecia. Sliczne.
Ten dzien uplynal pod znakiem szybkich zmian pogody. Od tropikalnego goraca przez deszcz, grad wielkosci 4 mm, snieg i znowu goraco. Duzo razy cwiczylismy zakladanie i zdejmowanie poszczegolnych warstw ubran.
Na gorze wypowiedzialam Panu Boskiemu wojne, bo okazalo sie, ze na nastepny dzien zaplanowal 8h trase a ja w zyciu tyle nie szlam. Mielismy skonczyc w Campo Chileno w nocy nasteponego dnia…
Spalismy pod lodowcem. Bylo zimno, ale okazalo sie, ze bardzo zimna ma byc dopiero nastepna noc…
DZIEN DRUGI
wyruszylismy przed 8 rano z Cambo Italiano do schroniska Cuernos (5,5 km) na miejscu okazalo sie, ze sniadanie na ktore liczylismy jest wydawane tylko w wypadku, ze ktos ma zrobiona rezerwacje… i to do 9:30…. a my dotarlismy pare minut pozniej… ale Chilijcycy sa bardzo mili wiec udalo sie przekonac pana, zeby zrobili nam ostatnie tego dnia sniadanie (najlepsze jakie jadlam od lat, taka bylam glodna) a potem zamowil obiad w nastepnym schornisku… oddalonym o 5-6h drogi kilkanascie kilometrow dalej.
Na obiad w Capmo Chileno… przyszlismy po 4.5h o 14:30???!! (zamiast w nbocy:) Zdecydowalismy, ze pojdziemy jeszcze 5,5 km do wyzszego obozu, zeby miec blizej na szczyt zobaczyc Torres del Paine – granitowe wierze 2880,2850,2248,2243m n.p.m….
A potem wlezlismy tak wysoko jak sie dalo i widzielismy Torres tego samego dnia…. ale to juz na ostatnich logach. Cala droga to wielkie kamienie, szalenie ciezka na tych ostatnich kilkusetmetrach, ale udalo sie. Tuz przed szczytem przebiegla przed nas jedna para… stwierdzilam, ze sa to rzeczywiscie super goscie… no i rzeczywiscie poznalismy ich nastepnego dnia na (zamowionym:)) sniadaniu… Wlasnie wrocili z Antarktydy. Ona – Slowenka z Australii – chodzila po gorach a on -Norweg w ciagu 2 miesiecy przeszedl ciagnac sanie 2000km po lodzie…
DZIEN TRZECI
zeszlismy z gorno obozu przez sniadanie v Campo Chileno na autobus o 13:30 i wlasnie dotarlismy do Puerto Natales
Cala droge myslalam jak to bede smiesznie pisac o tym co wszystko sie stalo. Jak zmieniala sie pogoda, jakie te granitowe wierze sa piekne, ale jestem tak zmeczona, ze nie mam sily cudowac.
Bylo pieknie. Ku mojemu zaskoczeniu okazalo sie, ze chodze po gorach szybciej niz Pan Boski i w zasadzie mniej sie mecze. Ale i tak chodzil pierwszy jako honorowy przywodca stada. Na koniec drugiego dnia to on padal a nie ja :)) Bylo fajnie. Bede zdjecia. Dzis musze sie wyspac.
Jutro o 6:00 wstajemy zeby jechac do Parku Narodowego O’ Higgin’s z pokladu statku ogladac lodowce i kormorany, jak sie uda napisze. Dobranoc…