Znalazla mi sie wczoraj kolezanka z Rejsu. Okazalo sie, ze zamiast mieszkac w Gdansku i architektowac, mieszka na jachcie w Annapolis i zyje. Jak to ladnie ujela "trzeba cos robic w zyciu,czemu nie to co sie naprawde lubi;-)"
Madrze powiedziane.
Po sobotnim powrocie jakos nie bardzo potrafie spac w nocy. Wlasciwie to juz sukces, ze spalam od 22 do nieomal 3. Nowy sen przyjdzie pewnie za kilka godzin. Wczoraj przyszedl.
Ze wzgledu na urzad pracy i spotkanie Polek w Pradze jutro po 11 wyrusze w droge. Znowu. Podobnie jak kilka lat temu mieszkam troche w pociagu. Taka sytuacja meczy mnie zwykle najbardziej, powinnam sie gdzies osiedlic. Najwyzszy czas, nie pracuje juz od 5 miesiecy. Bardzo sie boje wlasnego podejscia do pracy. Mam wrazenie, ze ciagle cos z nia nie tak. Ze mna, tak wlasciwie.
Najpierw pierwszy rok po studiach pracowalam na czarno, bo zalatwienie pozwolenia na prace graniczylo z cudem. Potem w 2002 pracowalam w Czesi na 0,3 etatu, bo na caly w Stanach, ale to sie nie liczy. Potem w 2006 3 miesiace nie pracowalam, bo bylam na stypendium w Hiszpanii. No i teraz znowu juz 5, bo zielone + przeprowadzka do Slowacji. Wiem, ze to dosc idiotyczne, ale boje sie, ze nie dostane emerytury. Ciagle znajduje sie w jakichs dzwinych konstelacjach, ktorych nie potrefie rozwiazac. Strach jest moim sposobem na zycie. Bardzo glupim i meczacym.
Ameryka byla przyjemna. Matylda to nieslychanie spokojny czlowiek, choc odrobine zbyt wolny i kapke zbyt przekonany o swojej wspanialosci (ale ktoz z nas nie jest? jak mowi Siostra:). Boscy starsi byli zupelnie ok. W zasadzie nie wtracali sie do niczego, pozostawiajac wszystko w rekach Pana Boskiego na kierownicy i mapach na moich kolanach.
Kilka szalonych dni spedzilismy w NY a potem po 5 godzinnej teleportacji do Vegas przejechalismy 2300 mil czyli ok. 3700 km wypozyczonym vanem.
Nie ma sensu, zebym opowiadala co widzielismy. Wloze zdjecia.
________________________________________
Przed chwila byl tutaj Pan Boski. Przyszedl, bo nie umial spac. I chyba chcial pomoc mi w przepedzeniu moich strachow. Wyszlo jak zwykle. Rozbbeszyl to co wiemy, ze boli (Sosnowiec, praca, szkola i takie tam) a potem wsciekl sie, bo jego rozwiazania nie byly z mojego puktu widzenia idealne (np. wsadzic ksiazki do pudel i niech czekaja) i poszedl spac konstatujac, ze mam problemy psychiczne. Dam mu to na pismie, moze bedzie mu lepiej? wiem, ze mam. Siedze wiec sobie taka bezsensu zaplakana i tradycyjnie nie wiem co bedzie dalej. Do nastepnego silniejszego ataku strachow bedzie lepiej. To jest pozytywna wiadomosc.
Nie mam pojecia jak samej sobie pomoc, czasem mysle, ze gdybym w koncu zostala mieszkac w jednym panstwie byloby mi lepiej. Nie wiem. Moze to takie marzenie scietej glowy. Smieje sie jak mysle o jego slowach, ze mialam sobie tutaj od razu znalezc prace. Nie moglam. Jak teraz pomysle o marcu czy kwietniu to mi sie sciska zoladek. Nie moglam, bo bylo mi bardzo zle. Teraz juz wszystko jest ok. nieomal.
czy pisanie o 4 rano moze prowadzic do czegos dobrego? chyba nie. Wiec pojde powalczyc ze snem. Moze przyjdzie.
___________________
NY