PRACA W HISZPANII

Ostatnimi czasy odwiedza mnie sporo czytelnikow ze strony: praca.gazeta.pl/gazetapraca/0,67527.html.
Przypuszczam,
ze wszystkie te osoby nie sa specjalnie zainteresowane moimi
przemysleniami, ani faktem, ze ostatnio mam "faze na jajka" (zjadlam 7 w
ciagu ostatnich dwoch dni:)), ale chcialyby sie dowiedziec jak to jest
z mozliwoscia pracy w Hiszpanii.

Szczerze.
Nie probowalam znalezc pracy, bo pracuje w Czechach. Ale
jakos tak sie zlozylo, ze na malutkiej uliczce przy ktorej mieszkam sa
3 agencje oferujace prace, a na szybach zawsze wisi wiele ofert pracy.
Wiec jest.

Generalnie sytuacja na Hiszpanskim rynku pracy wyglada nastepujaco:
Najwieksze
bezrobocie jest na poludniowym-zachodzie kraju, czyli: w Andaluzji i
Extremadurze. Jednoczesnie znalezc tutaj mozna sporo prac okresowych,
takich jak: zbieranie oliwek na porzyklad. Hiszpanie dostaja dosyc
powazna kase z Unii Europejskiej, aby nie przeprowadzili sie wszyscy
jutro do Madrytu, szczegolnie Ci z obszarow najbardziej zagrozonych
bezrobociem. Dlatego np. w Andaluzjii jesli ktos przepracuje 42 dni w
roku, przez reszte roku dostaje subwencje, ktore nie czynia z niego Krola, ale pozwalaja przezyc. Ma to ten efekt, ze niezbyt chetnie
podejmuja sie prac najciezszych albo, z ich punktu widzenia, gorzej
platnych, czyli: zbioru roznych rzeczy, tudziez pracy w sektorze
turystycznym. Z pewnoscia jesli ktos jest zdeterminowany i zna choc
troche hiszpanski (Hiszpanie, zwlaszcza na poludniu, nie maja w
zwyczaju uczyc sie jezykow obcych) powinien znalezc prace. W
restauracji, w hotelu, na plantacji. Jesli jest dobrze wyksztalcony,
najlepiej technicznie ma szanse na lepsza prace, w tym wypadku, moze
wystarczyc jezyk angielski.
W kazdym razie JAKIS SWIATOWY JEZYK OBCY TRZEBA ZNAC. Tylko z polskim… mozna probowac, ale bylby to przypadek z
gatunku cudow mniejszych.

Zanim
spakujesz swoja mala walizeczke i przyjedziesz do Hiszpanii zastanow
sie czy chcesz tu mieszkac… srednia placa w Hiszpanii jest oczywiscie
wyzsza niz w Polsce, ale duzo nizsza niz w wiekszosci innych krajow
Unii. Koszty zycia, mieszkania, sa wyzsze niz w Polsce.
Przebojowa
lub zdeterminowana osoba, ktora nie boi sie ciezkiej pracy na poczatku,
nieomal na pewno cos znajdzie. Ale dopiero z czasem to bedzie COS na
prawde satysfakcjonujacego. Ale taka osoba znajdzie prace rowniez w
Polsce… wiec radze zastanowic sie 2 razy.
Polnoc
Hiszpanii jest bardziej rozwinieta. Przede wszystkim Madryt a potem
Katalonia, Pais Vasco itd. Ale tam trzeba sie liczyc z nauka w zasadzie
innego jezyka. Katalonski to nie kastyliski, ktorego mozesz nauczyc sie
w szkole jezykowej.
Z wlasnego doswiadczenia
polecam szkoly jezykowe tutaj, na miejscu. Od razu uczy sie akcentu,
ktory nie straszy po pierwszym wyrazie, no i jak sie nie ma wyboru to
wszystko idzie zdecydowanie szybciej.

Podsumowujac:
Praca jest. Tylko trzeba CHCEC. Znalezienie nie musi byc latwe i moze
zalezec od szczescia. Kiedys daaawno temu pracowalam w Lloret de Mar,
znalazlam prace po 1h szukania, byla okropna, ale pozwolila mi zaplacic
za drogie studia podyplomowe.
Hiszpania jest daleko wiec i znajomi sa daleko. Warto o tym pamietac.
Polakow
jest tu niewielu. To nie Londyn czy New York, gdzie polski to w
zasadzie 3-4 jezyk. Ale jeszcze raz: jak ktos chce, to sie uda.
Zastanow sie czy chcesz, a potem w droge. Nie wiem jak z Polski, ale z
Pragi mozna przyleciec za … od 400 PLN bilet powrotny, wiec nie
oplaca sie tarabanic autobusem.
Do zobaczenia….

MIŁY WIECZÓR


Odpoczelam troszke ostatnio. Dwa wieczory spedzilam z byla dziewczyna dawnego partnera z pracy (coz za komplikacja;) i jej kolezanka. Mowilysmy po angielsku (ta kolezanka nie zna hiszpanskiego), wiec wszystko bylo takie domowe i naturalne. Czulam sie jakbym znala je od zawsze.

Teraz rozmawialam z bylym szefem (tez szalenstwo, o tej godzinie) i rowniez bylo przyjemnie.

Tylko jutro musze wstac. A jutro najgorszy dzien tygodnia… wroce ze szkoly o 17:30 a potem praca do 22:00. Brrr, nie chce mi sie myslec o wstawaniu.
Lepiej pomysle o zasypianiu.
Aaa aaa byly sobie kotki dwa…

P.S.
Jestem samotny kotek, ale mieszka ze mna moj 20 letni Mis:) Dobranoc!

ORGANIZACJA CZASU

Pewnie wszystko
biorę zbyt na poważnie, bo oczywiście wydaje mi się, że nie mam szansy zdarzyć.
W ciągu 2 miesięcy czeka mnie napisanie 1 ogromnej pracy, którą już zaczęłam
ale nie do końca wiem o czym pisać, jakieś drobne „pracki” z przedmiotów
różnych, HISZPAŃSKI, który powinien być najłatwiejszy a jest najgorszy, bo pani
jest lekko pomylona, 1 wyjazd w bardzo nieodpowiednim terminie i drobnostka 5
egzaminów z przedmiotów bardzo różnorodnych. Do tego codziennie praca,
teoretycznie 3,5h, ale praktycznie nie mam szans się wyrobić jeśli będę
przestrzegać tej normy. A do tego jeszcze myślę, co czasem mam wrażenie jest
wadą, przynajmniej w oczach Carlijn. Nauka hiszpańskiego w lesie, bo nadal
nieomal zero konwersacji. Taa no coś tam mówię, ale żadne cuda, inni (słyszę)
nauczyli się więcej, może dlatego, że umieją odmawiać i podchodzą do „pracek“
mniej poważnie. No i że mieszkają z kimś kto pojawia się w domu. Ja nie.

Suma sumarum,
znowu nie wiem, czy wykorzystałam(uje na razie) mój czas za granicą w
odpowiedni sposób. Wiem, NIE, ale nie mam czasu tego zmienić.
Cieszę się, że
dzisiaj jest w Czechach święto i nie muszę choć dla nich pracować.

To tyle w sprawie
ja i dużo wolnego czasu:)

DRZWI

Zastanawiałam się ile razy w życiu zdarzyło mi się
świadomie zatrzasnąć za jakimś człowiekiem drzwi? Powiedzieć: „koniec, tego już
nie chce widzieć nigdy w życiu, palę mosty. Finito.” Chyba nigdy. Za mną drzwi
zatrzasnęły się co najmniej 2 razy. Dwa razy zrobiły to osoby na których mi
zależało. I których mi brakuje i nie do końca rozumiem dlaczego dostałam w
pychol. W wypadku V. bardziej, ja nie byłam w niej zakochana i nic nie mogę na
to poradzić, ale mogłam widzieć to wcześniej. W drugim mam wrażenie, że
dostałam rykoszetem. Choć może to jest właśnie mój problem, że nie potrafię
zrozumieć błędu.

Moja Siostra mówi, że jesteśmy takim dziwnym pokoleniem, egocentryków.
I że mówimy sobie za dużo i zbyt otwarcie, wydaje nam się, że mamy prawo do
własnych opinii w każdej sprawie. Że mamy za dużo czasu na myślenie. Chcemy
mówić, ale nie mamy ochoty słuchać. Ona to mówi o mnie oczywiście, ale i o całokształcie
moich znajomych.

Pewnie ma rację. Ale nie wiem skąd nam się to wzięło?

Piszę właśnie taki publiczny rachunek sumienia, co? Czyli
dokładnie to o czym mówi moja Siostra: „wydaje mi się, że mam prawo mówić
prawdę, w tym prawdę o sobie”. O sobie to jeszcze mniejszy grzech, bo prowadzi
tylko do ewentualnego potępienia ze strony znajomych, którzy czasem, czego też nie powinnam
pisać, nie przyznają się sami przed sobą do swoich mniejszych czy większych
grzeszków.

Innych oceniać nie mam prawa. Uczę się w każdym razie. Nawet
jeśli ich motywacje są dla mnie oczywiste a czyny powszechnie znane.

Ciekawa jestem jakie piekło bym rozpętała burząc tę
świętą zasadę? Mówiąc, nawet tylko pytana: ten zdradza lub prawie zdradza tamtą, ta jest zazdrosna o
wszystko, tanten nie jest tak idealny jak ona twierdzi, owy/a pije. Zazdroszczę
wszystkim, którzy z czystym sumieniem potrafią powiedzieć „naprawdę nie wnikam
w sprawy innych ludzi, mogę stwierdzić, że nie widzę co
się dzieje w innych rodzinach i że mnie to nie interesuje”. Ja widzę, niestety. Każdego
dnia staram się uczyć jak widzieć a nie dostrzegać, nie rozumieć, nie słyszeć fałszu
w „oficjalnych wersjach” wydarzeń. Bo MOŻE nie rozumiem sytuacji, nie znam wszystkich uwarunkowań. A przede wszystkim moje zdanie nie ma znaczenia. Siostra ma rację, za dużo myślę. Tyle, że muszę myśleć, żeby przez nieuwagę,
bezmyślność, znowu nie usłyszeć trzasku drzwi, które chciałabym widzieć
otwarte. Bo wydawało mi się, że mogę powiedzieć coś w co święcie wierze i
oczekiwać co najwyżej trudnej dyskucji, nie trzasku, WYDAWAŁO.

ZA…

…siedmioma górami, za siedmioma lasami. Choć to taka trochę
staromodna bajka, teraz mieszka się dalej. Tych lasów a gór mam na północ od
siebie dużo, dużo więcej…. A za nimi wszystkimi, żyją ludzie na których mi zależy. Wczoraj
wieczorem się mi za nimi tęskniło, na szczęście był Pan Boski i Księżniczka i
jedna Rybka niewysuszona. Rano Bedrunka.

Jak ma się wokół dużo znajomych i rodzinę trudno
zrozumieć banitę. Nawet jeśli sam wybrał swój los (każdy sam wybiera). Jeśli
masz kogoś, kto mieszka daleko, nawet jeśli nawet nie pipnie, że jest mu źle, napisz
do niego, proszę, mailik albo smsa,zadzwoń albo coś, z doświadczenia wiem, że
będzie to dla tej osoby mieć ogromne znaczenie!

Dla mnie (już) wczoraj miało bardzo duże:) Dzięki!

WITAJ SZKOLO!


Po ponad 3 tygodniach "obijania" (Semana Santa, odwiedziny w domu, Feria de Abril) wrocilam do szkoly. Zajecia od 10:00, trzeba sie zwlec o 8:30, co przy trybie zycia z pojsciem spac ok. 2-3 nad ranem nie jest znowu takie proste. No wiec przyszlam, nie tylko ja, a gosciu tylko obwiescil, ze dzisiaj nie ma czasu a w zwiazku z tym zajecia sa odwolane. Czy to nie sympatyczne?
I tak kulam sie od 10 czekajac na nastepne zajecia o 13. Ale 40 minut isc, zeby dotrzec do swojego komputera?

Caly poprzedni tydzien spedzilam na pisaniu "pracek" wszelakich, zebym dzisiaj po szkole mogla zaczac spokojnie pracowac w mojej nowej firmie, wiec teraz mam wyrzuty sumienia jesli robie cos niekoniecznie uzytecznego. Byla wiec godzina "konwersacji", godzina w bibliotece – poszukiwanie materialow do ostatniej pracy, ktorej ciezki oddech czuje na plecach, bo jesli bedzie dobra uwolni mnie od zdawania jednego egzaminu, no a teraz, przyznaje, juz sie obijam.

Przeczytalam wiesci od AW i mysle sobie, ze te moje wycieczki to pestka w porownaniu do takich Indii czy podobnych. Ale moze, pewnego dnia…Mam nadzieje, ze AW cale wakacje bedzie miala tak udane jak ten pierwszy tydzien. Solidnie sobie na to zapracowala!

Czas leci szybciutko. Jeszcze 2 miesiace i tydzien i znowu bede w Pradze. Bardzo fajnie i nie fajnie … ¿co se da delat?:)

CAŁA EUROPA OGLĄDA TO SAMO

Do
tego, że w TV w Pradze leci to samo co w Bytomiu już się przyzwyczaiłam. Doszłam
do wniosku, że żeby taniej, regionalnie kupują razem.

Ale
żeby CAŁA Europa? Pretty Woman leciała w Hiszpanii i w Polsce  tego samego
dnia. Ok., klasyka, mógł to być przypadek. Teraz włączyłam okienko a tam ten
sam film, który przed tygodniem widziałam w Pradze… To już jest przegięcie!!! To
się chyba nazywa GLOBALIZACJA.

PRZYJAŹŃ

Już
tysiąc razy zastanawiałam się nad tym dlaczego jacyś ludzie, którzy są dla mnie
ważni zgubili się nagle jakoś w zawierusze dziejów. Byli przyjaciółmi, gdzieś tam
w głowie ciągle jeszcze są, ale ich nie ma.  Nie było już długo żadnych zmian w stanie
moich przyjaciół, ale tak mi przeleciała myśl przez głowę, z okazji niedzieli
chyba.

W
Czechach często słyszę: „ przyjaciół nie wybierasz”, no fakt czasem jestem
zaskoczona jak bardzo nie pasują do siebie Ci, których lubię najbardziej, a
mnie to nie przeszkadza wcale a wcale.

Tylko
szkoda tych paru osób, które były a nie ma. Czasem zmieniłam się ja, czasem
oni. Zawsze szkoda 😦

NA TALERZU – ISLAM*

Właśnie
wróciłam ze spotkania z muzułmanami i oto odpowiedzi jakie otrzymałam na nurtujące
nas pytania:

  1. co z tymi homoseksualistami?
    Zabiją ich od razu czy dopiero za chwilę?
    Odpowiedzieli, że w Islamie sex
    nie jest kwestią tabu, ale nie też nikt się nie obnosi ze swoimi
    preferencjami. Po dłuższym naciskaniu stwierdzili nawet, że mężczyzna mógłby
    dziedziczyć po swoim „przyjacielu”. Oczywiście zgodnie z zasadami Koranu,
    czyli do 1/3 wysokości jego majątku. Kudłaty i Łysy pewnie będą wiedzieli
    coś więcej… ja w tej sprawie jestem tylko posłańcem. Być może łżą,
    pogańskie psy;)
  2. co z tym
    gościem, którego chcieli zabić w Afganistanie w związku z planowanym
    przejściem na chrześcijanizm?
    Na to pytanie odpowiedzieli tydzień temu Koleżance
    Czeszce, że się tego poniekąd wstydzą. Problem, ponoć, tkwi w tym, że
    Afganistańczycy odbierają katolicyzm jako religię „przywiezioną” przez
    Amerykanów. A wszystko co amerykańskie jest z gruntu rzeczy złe i dlatego
    chcieli go ukatrupić. Cóż, nie czuję palącej potrzeby zabijania
    kogokolwiek z jakichkolwiek względów, ale może w warunkach tamtejszej
    biedy, wzmożonej było nie było w wyniku wojny o surowce… myśli się inaczej…

Samo spotkanie było o tyle interesujące, że odbywało się
w meczecie, gdzie biernie uczestniczyłyśmy w DIKRZE – czyli czymś co na pierwszy
(i drugi) rzut oka wygląda jak modlitwa lub medytacja, ale ponoć nią nie jest. Ta
trwała tak z 15 -20 minut (moje myśli powoli zaczęły szybować w poniekąd innych
od zamierzonych kierunków) i składała się z recytacji o następującym znaczeniu:
1. umieranie 2. Allah – jako wszystko i nic, Bóg i jedność niemożliwa do
wyobrażenia 3. dwie ostatnie sury (części Koranu) złamanie, zakończenie i
rozpoczęcie czegoś nowego 4. o tym co znaczy być muzułmaninem 5. inwokacja do
Proroka oznaczająca oczyszczenie 6. negacja jakiejkolwiek władzy, za wyjątkiem
Allaha 7. Allah – jako wszystko i nic, Bóg i jedność niemożliwa do wyobrażenia.

Oczywiście wszystko po arabsku, tylko nam opowiedzieli co się działo.

     Ta
DIKRA ma znaczenie oczyszczające. Ale jest wiele innych. Powinno się coś
takiego praktykować co najmniej raz w tygodniu, najlepiej w czwartek (???).

* disclaimer: to tylko relacja. Nie strzelać do pianisty!