AGRADABLA NA ORGANIZOWANEJ WYCIECZCE

czytaj: nieporozumienie…

Tak wiec poplynelismy 20 metrowym stateczkiem ogladac fiordy i lodowce Balmaceda i Serrano. Lodowce byly ladne (ale gdzie im do Perito Moreno:) Widzielismy tez: kondory (ale padalo i aparat nie chcial ostrzyc), lwa morskiego (sztuk jedna i tak daleko, ze na zdjeciu nic nie widac), kormoranmy (duzo ale i tak wygladaja jak kropki na wyspie)

Trudno powiedziec, ze jestem zawiedziona, bo nie mialam zadnych oczekiwan. Ale znudzona to jestem ;)) staralam sie przespac czad miedzy atrakciami, bo wleklismy sie jak makaron. 10h!!!

Jutro jedziemy do Punta Arena a we wtorek lecimy do Santiago. Jeszcze 8 dni i wracamy. eee ja poprosze jakis inny harmonogram!!! :(( :))

TORRES DEL PAINE – veni, vidi, vici

2,5 dnia, 55 km, ponad 2000 m pod gorke, 2 noce pod namotiem ( w tym jedna pod lodowcem) wrocilismy. W tym 2 dzien ok 28 km i ponad 1000 m na gore…

a to wszystko z namiotem na plecach!!! (pan Boski niosl spiwory i ubrania)

Szczerze, bylo swietnie! Choc balam sie bardzo.

DZIEN PIERWSZY

wyruszylismy do parku autobusem  o 7:30 z Puerto Natales. Dotarlismy ok 10:30.

o 12.00 odplynelismy promem na start naszej trasy

o 14:00 po lekkim obiedzie w schornisku wyruszylismy w droge

po 7km i 2h rozlozylismy namiot w tzw kampingu wloskim (zlokalizowanym pod lodowcem) i ruszylismy na gore ogladac graniowe szczyty – Cuernos.

Trwalo to ok. 4h i bardzo duzo metrow pod gore. Beda zdjecia. Sliczne.

Ten dzien uplynal pod znakiem szybkich zmian pogody. Od tropikalnego goraca przez deszcz, grad wielkosci 4 mm, snieg i znowu goraco. Duzo razy cwiczylismy zakladanie i zdejmowanie poszczegolnych warstw ubran.

Na gorze wypowiedzialam Panu Boskiemu wojne, bo okazalo sie, ze na nastepny dzien zaplanowal   8h trase a ja w zyciu tyle nie szlam. Mielismy skonczyc w Campo Chileno w nocy nasteponego dnia…

Spalismy pod lodowcem. Bylo zimno, ale okazalo sie, ze bardzo zimna ma byc dopiero nastepna noc…

DZIEN DRUGI

wyruszylismy przed 8 rano z Cambo Italiano do schroniska Cuernos (5,5 km) na miejscu okazalo sie, ze sniadanie na ktore liczylismy jest wydawane tylko w wypadku, ze ktos ma zrobiona rezerwacje… i to do 9:30…. a my dotarlismy pare minut pozniej… ale Chilijcycy sa bardzo mili wiec udalo sie przekonac pana, zeby zrobili nam ostatnie tego dnia sniadanie (najlepsze jakie jadlam od lat, taka bylam glodna) a potem zamowil obiad w nastepnym schornisku… oddalonym o 5-6h drogi kilkanascie kilometrow dalej.

Na obiad w Capmo Chileno… przyszlismy po 4.5h o 14:30???!! (zamiast w nbocy:) Zdecydowalismy, ze pojdziemy jeszcze 5,5 km do wyzszego obozu, zeby miec blizej na szczyt zobaczyc Torres del Paine – granitowe wierze 2880,2850,2248,2243m n.p.m…. 

A potem wlezlismy tak wysoko jak sie dalo i widzielismy Torres tego samego dnia…. ale to juz na ostatnich logach. Cala droga to wielkie kamienie, szalenie ciezka na tych ostatnich kilkusetmetrach, ale udalo sie. Tuz przed szczytem przebiegla przed nas jedna para… stwierdzilam, ze sa to rzeczywiscie super goscie… no i rzeczywiscie poznalismy ich nastepnego dnia na (zamowionym:)) sniadaniu… Wlasnie wrocili z Antarktydy. Ona – Slowenka z Australii – chodzila po gorach a on -Norweg w ciagu 2 miesiecy przeszedl ciagnac sanie 2000km po lodzie…

DZIEN TRZECI

zeszlismy z gorno obozu przez sniadanie v Campo Chileno na autobus o 13:30 i wlasnie dotarlismy do Puerto Natales

Cala droge myslalam jak to bede smiesznie pisac o tym co wszystko sie stalo. Jak zmieniala sie pogoda, jakie te granitowe wierze sa piekne, ale jestem tak zmeczona, ze nie mam sily cudowac.

Bylo pieknie. Ku mojemu zaskoczeniu okazalo sie, ze chodze po gorach szybciej niz Pan Boski i w zasadzie mniej sie mecze. Ale i tak chodzil pierwszy jako honorowy przywodca stada. Na koniec drugiego dnia to on padal a nie ja :)) Bylo fajnie. Bede zdjecia. Dzis musze sie wyspac.

Jutro o 6:00 wstajemy zeby jechac do Parku Narodowego O’ Higgin’s z pokladu statku ogladac lodowce i kormorany, jak sie uda napisze. Dobranoc…

CZYSCIEC i inne opowiadania (z Puerto Natales)

Diably mnie biora. A moze wlasciwie lepiej bedzie najpisac humor mam pod psem, bo nic mnie, niestety, zabrac nie chce.

Wrocilismy z Argentyny do Chile. PORAZKA. Myslalam, ze tylko Puerto Montt jest zaniedbane, brzydkie i z 3 swiata a inne bardziej turystyczne miejscowosci  beda lepsze. Ale nie. Jestesmy w Puerto Natales, niedaleko najczesciej odwiedzanego parku narodowego Ameryki poludniowej — Torres del Paine a wszedzie syf taki, ze az zeby bola. 5h drogi stad (jak sie to pisze) w argentynskim el Calafate potrafia trzepac kase na turystach, wyremontowac ulice, zrobic mase nie za pieknych, ale jednak czystych pensjonatow a tutaj… syf kila i mogila. A miasto ma tylko 2 dobra naturalne: turystow i wiatr. Nawet mi sie zdjec robic nie chce, bo zebami z zenady szuram po pòrozbijanych chodnikach. Tak sobie wyobrazam Afryke … gleboka.

Ok, w zasadzie przeszkadza mi tylko to, ze nie jestem pewna czy w pokoju sie czasem nie przylepie i dzien mam tak szalenie marudny, ze powinni mnie zastrzelic. Halooo kto mnie zastrzeli? TUuuttaaaj!!!

Jutro wyruszamy do Torres. Nie wiem dokladnie niedy sie odezwe, bo bedziemy tam spac. Tak, tak, jedyne co w Chile jest o niebo lepsze niz w Argentynie to Internet, ten wiucha chyba 10 razy szybciej i jest latwiej dostepny niz bulka z maslem.  Wiec kto wie, moze i tam.

Druga pozytywna roznica to kanalizacja. W Argentynie uzywany papier toaletowy wrzuca sie zazwyczaj… do wiadra obok kibla i niech sobie kazdy wyobrazic jak taka toaleta z wiaderkiem obok kibla moze smierdziec. W Chile widzialam tylko jedna toatele z takim wymogiem, byla za to zdecydowanie "najlepsza". Odmowilam wspolpracy i poszlam na meski.

Tak wiec dopadl mnie zly humor a do tego jestem glodna, ale jedzenia nie wydaje sie przed 18 (siesta), wiec siedze i marudze. Az mnie zaczyna smieszyc stan mojej duszy jak tak opisuje moje wielike "nieszczescia". Zdrowa jestem, Pan Boski jest ok, czemu marudze? Zawsze mowilam, ze blog to przede wszystkim doskonala terapia:)) Jeszcze literka "k" mi nie dziala. O ja biedna nieszczesliwa.

Powodow dla ktorych jest mi zle jest kilka:

1. brak powodu, czasem tak bywa, nawet na koncu swiata (tested on humans)

2. jestem glodna, caly dzien czekam na obiad, wyjechalismy z Argentyny po lekkim sniadaniu a oni mi nie chca dac jesc!!!!!!!!!!aauuu

3.nie dostalam smski na ktora czekalam (ale to moze byc pozytywne rozwazajac te kwestie w dluzszym horyzoncie czasowym)

4. znowu chce mi sie jesc

i nie bedzie pisac nic wiecej, bo bym sie stala monotematyczna zupelnie.

Kocham Was bardzo i usmiecham sie z Chile, Agradabla, ktorej jest zdecydowanie lepiej niz jak zaczynala to pisac.

ale dobijcie mnie dla pewnosci, ze jakos ten dzien – dwa przezyje…

PERITO MORENO – lodowiec

W wielkiej Klimatologii Klimaszweskiego lodowce zajmuja podnad 200 stron, w "malej" zaledwie 30. Nasz profesor byl fanatykiem lodowcow i wymagal, zebysmy tych 200 stron nauczyli sie, w ciagu tygodnia, na pamiec. Nie bylo szans. A skoro nie bylo szans nauczylam sie tylko 30. Na szczescie mnie pytal z wietrzenia 🙂

Jakos zdjeca a konkretnie slajdow jakie nam pokazywano na zajeciach z geomorfologii byla koszmarna, moze gdyby kos gdzies znalazl zdjecia Perito Moreno zarazil by nas miloscia do lodowcow.

Zrobilam 50 zdjec. Slownie: piecdziesiat zdjec jednego lodowca dolinnego. Jest tak gigantyczny i piekny, ze znowu musicie poczekac na konkretne fotki. Od tak miliardy ton lodu wylewaja sie do jeziora. Dosc powiedziec, ze ta czesc ktora widac ma ponoc 50 m wysokoscie, a u lodowacow jak wiadomo, wazniejsza jest ta czesc ktorej nie widac.

To nasz ostatni dzien w Argentynie. Jutro wracamy do Chile.

Zaczynam miec delikatny syndrom puszki konserwy, otwieram a tam Pan Boski. W zyciu nie spedzalismy razem tyle czasu. Jest ciagle i wszedzie. To pierwsze 2 godziny w czasie tej podrozy, ktorych nie spedzamy razem. A kto czyta ten wie, ze zwykle zyjemy w zupelnie innych swiatach. Ale nie jest zle. Na razie trzymamy forme i jeszcze sie nie pozabijalismy.

W Argentynie czeka nas dlugi gorski trek, nie wiem jak go przezyje, bo mnie takie dlugoe gorskie rzeczy nudza nieziemsko, ale bede sie starac.

Na razie nie jest mi zimno co mnie bardzo cieszy. Zobaczymy co napisze po tym jak w przyszlym tygodniu bedziemy spac pod lodowcem. Wracam bo juz pewnie czeka, mamy isc na naszego ostatniego steaka.

XXX

Gopherku Chile jest chyba sporo bardziej cywilozowane niz Peru. W kazdym razie nie ma sie czego bac:)

el CALAFATE – pozdrowienia z konca swiata

tak naprawde najbardziej wysuniete na poludnie stale zamieszkale miasteczko znajduje sie 985 km dalej, ale jak na moje potrzeby ten konec swiata wystarczy.

Krajobraz ksiezycowy. Zrobilismy mase zdjec z pokladu samolotu, sa fantastyczne, jak wrocimy z pewnoscia jakies wrzuce na stronke.

Widac, ze w tej krainie rzadzi woda i wiatr. Calafate w ktorym sie obecnie znajdujemy wyglada az smiesznie sztucznie. Na pierwszy rzut oka widac ile pracy musial wlozyc czlowiek w to, zeby cos chcialo tutaj rosnac, stac, egzystowac. Wiatr wieje jak szalony. Male domki przycupnely pod skalami i udaja turystyczne miasteczko jak ze snow. Tak wyobrazam sobie Alaske… Nie chce myslec jak tutaj wyglada zima… mamy srodek lata a nikt nie rusza sie bez belnej zbroji!

Za godzine wyruszamy do el Chalten (to miasteczko zamyka sie na zime) ogladac oslawiony szczyt Fitz Roy pod ktorym bedziemy spac w namiocie (brr) a nastepnego dnia po powrocie pojedziemy ogladac lodowiec Perito Moreno.

Chcialam tyle napisac a teraz brak mi slow. Przyroda tutaj jest tak szalenie inna, ze nie wiem jak to ujac w slowa.

Patagonia to niesamowite pustkowie nie ma nic, tylko skaly, blekitne jeziora pelne ryb i smugi metnych niebieskich rzek. Przez to wszystko wija sie drogi, przeznaczone chyba dla rybakow, ktore z lotu ptaka wygladaja zupelnie bez sensu… prowadza z nikad i do nikad….

Na jakims plakacie przeczytalam zdanie, ktore sporo mowi o bezkresnej przestrzeni tutaj: "wszystkie drogi prowadza do Rzymu. Do Patagonii tylko jedna Ruta 40". Dzisiaj zawiezie nas do el Chalten.

ARGENTYNA – co jest inaczej?

na pierwszy rzut oka oczywiscie, takze nie sa to wnioski zupelnie wiarzace 🙂

1. nie widzialam ani jednego czlowieka, ktory by wozil dziecko w wozku dzieciecym. Male dzieci sie nosi, wieksze maja nogi.
2. Viza jest ulubiona karta argentynczykow, Pan Boski lecial wczoraj z restauracji do hostelu, bo wzial tylko Master Card. I nie byl to pierszy przypadek, kiedy nie chciano zaakceptowac karty innej niz VIZA
3. znaczki pocztowe da sie kupic wylacznie na poczcie… a to oznacza kolejke chyba 30 osob, poddalam sie, sprobuje poslac widokowki z Chile 🙂
4. wlasciwie przy kazdej transakcji trzeba pokazac paszport … przy placeniu karta, wymianie pieniedzy, zakupie biletu na autobus (no, miejski to nie trzeba:)

Za cca 3h lecimy 1000 km na poludnie, bedzie zimno, ale ponoc widoki sa tego warte. Jak zobacze to uwierze 🙂 a jeszcze mamy spac pod namiotem. To tylko taka przygoda:)) Nawiasem mowiac 30 min na internecie dostalam jako nagrode za ladne zalatwienie wszystkiego w banku. Grzeczna dziewczynka. Do przeczytania!

ANDY – Refugio Frey, Catedral itd…

Andy sa przepiekne. Wyruszylismy wczoraj rano a wrocilismy przed 2 godzinami, absolutnie padnieci i totalnie zauroczeni. Jeszcze nie bylam takich gorach w ktorych krajobraz zmienial by sie co kilometr i to tak radykalnie, ze zapiera dech. Najbardziej podobala mi sie wspinaczka po skalach. Jak widze takie skalki konczyny natychmiast zamieniaja mi sie w przyssawki a ja w mala koze. Uwielbiam. Po skalach przyszedl snieg i skaly a potem strumyki a potem bagienko a to wszystko wsrod doprawdy oszalamiajacych krajobrazow.

Prawda o moim "nielubieniu" gor jest bardziej skomplikowana niz by sie moglo wydawac:)… ja nie lubie nudnych gor, do ktorych zaliczam Gory Izerskie (ale pss bo Pan Boski uslyszy). Uwielbiam jak cos sie dzieje, jak te gory zmieniaja sie i zyja. A Andy wlasnie takie sa. Osniezone szczyty a pod nimi jeziora.

Ciekawostka przewodnikow opisujacych Andy jest to, ze czas podany na ich stronach nalezy przemnozyc przez 1,5 zeby byl pradwopodobny. Pan Boski chodzi po gorach jak strzala, a jak byl sam ledwo ledwo sie zmiescil w awizowanych godzinach. Ja chodze, powiedzialabym jak dobra sredni,a w srod doswiadczonych bab… a w godzinach nie zmieszcze sie ani przez przypadek.
Ale moze to dlatego, ze po Andach chodza turysci a nie przypadkowi ludzie. Nie ma tam smieci jak w Polskich gorach a szlaki sa oznaczone … dosyc ekstrawagacko i niewyraznie.

Ale jest pieknie. Goraco polecam i lece na kolejnego steaka (dzis wezme 1/2 porcji)

BARILOCHE – ARGENTYNA

Wczoraj bylismy na steaku. Byl conajmniej 2 razy wiekszy niz te serwowane w dobrych praskich restauracjach i conajmniej tak samo dobry (chodz chyba lepszy, ale nie chce sie chwalic) kolacja w dobrej restauracji kosztowala moze 70 PLN. Bariloche jest bardzo podobne do kalifornijskiego Lake Tahoe. Piekne, tutystyczne miasteczko nad brzegiem ogromnego jeziora otoczonego przez zasniezone Andy.

Za chwile wyruszymy w gory. Wczoraj Pan Boski byl sam a ja spalam i czytalam, dzisiaj juz wyruszamy razem. Mozliwe sa 2 trasy 3-4 i 7h. JA oczywiscie optuje za ta krotsza, bo z kolkuszem wedruje sie ciezko.

W porownaniu do Chile jest tutaj drozej a miasteczko lepiej utrzymane, ale ponoc Bariloche to argentynska odpowiedz na francuskie Chamonix, wiec zadna norma.

Mieszkamy w dosyc ladnym hostelu. Bardzo mnie bawi, ze tu w kazdym miejscu gdzie mamy spac jako szalona zalete wymieniaja obecnosc cieplej wody… ale moze to rzeczywiscie nowosc w tych stronach?

XXX

Apropos nowego roku… to tutaj chodza sluchy, ze rok 2008 bedzie najlepszy z dotychczasowych! JA w to wierze i zycze wszystkim!

PUERTO VARAS

tak wiec dotarlismy do Puero Varas. Jest to male miasteczko na brzegu gigantycznego jeziora Llanquihue. Pada.

Wczorajszy wieczor spedzilismy nad innym przepieknym jeziorem w miejscowosci Petohue. Niesamowita rzecz. Jezioro, za nim osniezone Andy a nad nim wulkan Puntiaguo.

Mialam obiecane, ze bede spac w hotelu jak ksiezniczka, ale jak tylko wysiedlismy z autobusu dopadl nas pan z propozycja spania u niego w domu na drugiej stronie jeziora. Argumenty ekonomiczne przemawiaja do Pana Boskiego bardzo glosno :))

Druga strona jeziora okazala sie byc przepiekna. Dom tez, ze slicznym, oszkolnym tarasem. Ale ale… poza panem i jego rodzina w okolicach domu mieszkaly rowniez jego zwierzeta. Tak wiec: 2 psy, gesi, kury, indyki i teraz uwaga: 2 dzikie swinie.. a jak sie okazalo rano rowniez kon i krowa. To wszystko spalo pod tarasem nad ktorym spalismy my. Do tego trzeba dodac szalony deszcz, corke ogladajaca na full amerykanski film akcji i koguta od 6 rano. Nic tylko sie smiac. Byla to jedna z miej przespanych nocy jakie pamietam.

Ale rano sie umylam w cieplej wodzie i porzuconym szamponie corki (wytarlam sie w ¨"stara" koszulke bo recznika i mydla ciagle brak) a potem nawet umylam wlosy, no bajka. Takze czuje sie swietnie.

Szkoda, ze pada. A moze lepiej… kaszle jak gruzlik a Pan Boski nie pozwolil by mi nie isc na jakas szalona trase tylko dlatego, ze mam koklusz. No i dlatego, ze pada przyjechalismy do Puerto Varras. Jutro, bo miejmy nadzieje dzisiaj dotra plecaki a w nich takie fantastyczne rzeczy jak pizamka na przyklad, jedziemy do Argentyny. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazuja na to, ze wczoraj zrobilam rezerwacje w jakims pensjonacie, bo z miejscami na Sylwestra w jednym z najwazniejszych osrodkow turystycznych Argentyny chyba jednak ciezko.

Obserwacje na poczatek:

– Chilijczycy sa 1/3 nizsi niz my

– w sklepach asortyment jest tak bardzo inny, ze z trudem kupilismy cos do picia (z zalozenia nie miala to byc Pepsi) a i tak wyszlo, ze zamiast nektaru brzoskwiniowego mamy mleko sojowe z brzoskwinia.

– moj hiszpanski jest bardzo slaby, ale chwalmy laki umajone za to, ze jest. Zycie tylko z angielskim jest duzo trudniejsze niz by sie moglo wydawac

i na dzisiaj to wszystko. Usmiechnieta Agradabla Chilijska

PUERTO MONTT

Pozdrawiam wszystkich z Chile!

Droga byla dluga ale w zasadzie ok.

Samolot z Pragi spoznil sie o godzine wiec na przesiadke w Madrycie mielismy dokladnie 10 minut (w tym czasie trzeba bylo przejsc przez kontrole graniczna i znalezc ten terminal z ktorego polecimy) i udalo sie…

Nam sie udalo, ale naszym plecakom sie nie tak zupelnie, wiec ciagle jeszcze sa w drodze a my jestesmy w drodze do sklepu, zeby kupic chociaz jakies ubrania.

W Santiago de Chile (stolica kraj) udem kupilismy bilet na samolot do Puerto Montt gdzie jestesmy teraz. Pan Boski nie kupil wczesniej, bo przeciez lata ich tyle, ze nie bedzie problemu…. Lata ich tyle, bo wszyscy lataja, wiec czekalismy 6 godzin na pierwsze 2 wolne miejsca z miedzyladowaniem w Concepcion. Czy ktos z Was lecial gdzies kiedys z miedzylondowaniem???

Takze lecielismy 3h do Madrytu, potem 14 do Chile a potem 3 do Puerto Montt. Ale bylam zmeczona! Usnelam w ciagu 12 sekund

Dzisiaj planujemy wyjazd do Argentyny. Nawet udalo sie zrobic rezerwacje w jakims fantastycznym hostelu czy czyms takim… bo wygladalo na to, ze bedziemy spac pod moste:)) Nie nie, zartuje.

Wszystko jest ok. Nawet z tymi bagazami to zadna tragedia, bo Iberia placi 51EUR na osobe za kazdy dzien spoznienia. Wiec nie jest zle.

Bede pisac. Pan Boski wnikliwie obserwuje ile czasu spedzam przy komputerze i do kogo pisze, wiec usmiecham sie ladnie i spadam.