PRAWDA

Jestem na siebie wściekła i smutna, bo nie umiem wydorośleć. Po raz kolejny zrobiłam dokładnie ten sam błąd co zawsze. Powiedziałam komuś prawdę. Moją prawdę, która wcale nie musi i NIE JEST obiektywna.

Co się konkretnie stało?

Jednym z mieszkańców mojego domu Salamance jest młody (18) Holender, Joost. Jest bardzo sympatyczny, inteligentny i rozpaczliwie rozwydrzony. Bogaty, ogłupiony i zepsuty ilością pieniędzy, którą ma do dyspozycji. Z resztą jak większość uczniów szkoły do której chodzę.

Dzisiaj po szkole, w której, jak zwykle nie był, oświadczył wesoło, że w ciągu 3,5 tygodnia wydał na jedzenie i zabawę 850 EUR. Nie wiem co mnie podkusiło, znowu jakaś gupia część mnie, która nie umie się zamknąć w momencie, kiedy jest to najbardziej potrzebne i zaczęłam z nim o tym rozmawiać.

Skarżył się, że do 20. listopada ma TYLKO 500 EUR na jedzenie. Więc zaczyna oszczędzać. Zamiast uśmiechnąć się, zażartować, albo sama nie wiem co, puścić to mimo uszu, zapytałam się go co chce zrobić z taką kasą w ciągu miesiąca? Powiedziałam mu, że to jest dziecinne wydawać wszystko co się ma i ciągle prosić rodziców o więcej. Że jeśli tatuś kiedyś straci firmę, to on najpewniej umrze z głodu, bo nie umie robić zakupów, bo nie umie rozsądnie gospodarować pieniędzmi, bo jego życie to tylko bezsensowne wydawanie. Że miał szanse sporo zaoszczędzić, albo pomóc komuś kto to potrzebuje, a on jest dumny, że tyle wydał!

Nie rozumiał, jak to miałby dać komuś SWOJE pieniądze? Przecież dostał je od rodziców właśnie dlatego, żeby się dobrze bawił. To są JEGO pieniądze. A on już ciężko pracował, więc wie jak to jest. Zamiast przestać, powiedziałam: ciężko? to znaczy ile godzin? bo dla mnie ciężko to jest tak 15, mniej to zabawa, jeśli w pracy nie musisz myśleć. Dałam się wciągnąć, a może wciągnęłam jego w zupełnie bezsensowną dyskusję na temat wartości pieniędza.

Powinnam była wiedzieć, że on NIE MOŻE rozumieć, że pieniądze nie spadają z nieba. Że ma 18 lat, że jeśli jego zachowanie, to że jest tutaj a jedyne czym się zajmuje to picie wódki z kolegami, palenie, niszczenie sobie zdrowia (to ten co ma bardzo popsute płuca), jeśli jest czyjąś winą, to tylko winą jego rodziców. A mnie nic do tego.

Powiedziałam, że w życiu bym go nie zatrudniła. Prawda. Ale co z tego? On nie potrzebuje pracować a już na pewno nie u mnie. On jest z innej bajki.

Potem dziewczyny powiedziały mi, że Joost czuje się troche urażony i że może nie powinnam była tak z nim mówić.

I mają świętą rację. Bo to ja jestem żałosna, bo jak widać, w wieku 29 lat ciągle nie umiem zaakceptować faktu, że świat składa się z bogatych i biednych. A to, że ja urodziłam się – patrząc z perspektywy moich współmieszkańców – w tej drugiej grupie nie sprawia, że jestem lepsza. Co z tego, że za mój pobyt tutaj płacę sama? Mam problem, nie powód do dumy. On go nie ma. Ma chłopak szczęście i tyle. I to ja mam problem, nie on, jeśli nie podoba mi się, że szasta pieniędzmi.

Wyszła ze mnie taka głupia zawistna polskość, małostkowość. Zupełnie niepotrzebnie. On tej mojej prawdy, że pieniądze kosztują, nie musi, jeszcze (?), znać. Więc niech jej nie zna! Niech żyje jak żyje, jeśli może i jeśli mu to odpowiada!

Wierzę w każdą literę, którą mu powiedziałam. Ale po prostu, dzięki dziewczynom, które w sumie mówiły „ale wiesz on jest inteligentny, ale jeszcze głupi, on jest z innego świata, jego rodzice chcą, żeby tak żył” i takie tam dyrdymały, zrozumiałam, że tak naprawdę głupia to jestem ja. Z tą moją, jak zwykle, niepotrzebną, drastyczną, urażającą jego dumę, prawdą. Której on NIE MOŻE zrozumieć i nie ma potrzeby żeby rozumiał.

Jutro go przeproszę, jeśli mi na to pozwoli. Zupełnie szczerze. Najchętniej zrobiłabym to teraz, ale jest już noc, więc baluje. A ja siedzę i jestem na siebie wściekła.

Jak wpadłam na to, żeby winić kogoś za to że jest bogaty i że nie musi znać różnicy pomiędzy tym samym sokiem kupionym za 50c i za 2 EURa tylko 200m dalej????

Boże, kiedy ja w końcu dorosnę???

P.S.

Przyszedł, przeprosiłam go, przy czym się oczywiście popłakałam, bo jestem wściekła na siebie, jak zawsze jak zrobię taką kardynalną głupotę. Dlatego też piszę w nocy. A on się śmiał, że to i tak nie miało dla niego zbyt wielkiego znaczenia. I bardzo dobrze. Cieszę, się, że to była lekcja dla mnie, nie dla niego. On jej znać nie musi. To ja muszę w końcu wydorośleć. Amen.

MACIERZYŃSTWO

Wczoraj po szkole nie uczyłam się nic a nic (leniuch wstrętny), usprawiedliwiając się faktem, że wieczorem wybierałam się na wykład dotyczący literatury hiszpańskiej w pierwszej połowie XX wieku (temat kiedyś pewnie powróci, bo bardzo ciekawy).

A po nim skusiłam się na herbatę z Pią (Tia, choć i to nie jest jej prawdziwe imię powiedziała, że woli, żebym nazywała ją tutaj Pią, bo miała kiedyś taką sąsiadkę, i bardzo jej się to imię podobało, a potem chciała tak nazwać swoją córkę, ale mąż się nie zgodził).

No więc skusiłam się na herbatę, która skończyła się po 22, pod domem w którym mieszka. Moje rozmowy z Pią nieświadomie zmieniają się w coś w rodzaju wywiadu, bo ja jej uważnie słucham, a ona chyba chce to komuś powiedzieć. To poznawanie jej życia nieomal boli, bo jakoś tak jest, że jak stopniowo zyskujemy czyjeś zaufanie, ten człowiek pozwala sobie na odkrywanie coraz ciemniejszych kart swojego życia. W przypadku Pii, jest to zupełnie niepozorne, ona to mówi jakby przez przypadek, jakby jej to do końca nie dotyczyło, a przecież musi (?) bardzo boleć.

Pisałam już, że ma dwójkę dzieci: syna i trochę starszą córkę. Pisałam też, że z synem rozmawia regularnie, ale tylko przez telefon, bo boi się jego napadów złości w restauracji.

Dziś przyszła kolej na córkę. Ma 32 a nie 34 lata, jak mi się wydawało, niedawno wyszła za mąż po raz drugi. Na pierwszy ślub nie zaprosiła obojga rodziców (bo zielone), na drugi zaprosiła tylko ojca, który, ku mojemu zdziwieniu, poszedł. O bracie nie wspominam. Syn i córka nie rozmawiają ze sobą od lat. Syn uważa, że siostra jest głupia (ponoć trochę jest), a córka, że brat jest nienormalny (i z tym Pia zgadza się w pewnym stopniu).

Córka rozmawia i spotyka się z ojcem, który na stare lata postanowił nadrobić zaległości z dzieciństwa swych dzieci. Zawsze dzwoni mąż córki, odbiera Pia i jak telefonistka prosi męża do aparatu. Potem mąż mówi z córką. Pia nigdy nie widziała rodziców męża swej córki a jego samego tylko raz, jak przyszedł odebrać jakąś paczkę i oddać psa na przechowanie. Jak twierdzi, na szczęście nie mają dzieci.

Pia 16 lat mieszkała SAMA w Paryżu, nie pracowała i cały swój czas i życie poświęciła wychowywaniu dwojga dzieci. Potem też zajmowała się tylko nimi, ale mąż pojawiał się już częściej. A teraz mieszkają w jednym mieście i nie widzą się nawet raz w roku??!!!. Ona się nie skarży, mówi o tym jak o zeszłorocznym śniegu, że owszem bardzo ją ta sytuacja boli, ale, że uważa, że to nie ona powinna cokolwiek zmieniać.

Powoli, spokojnie, bez emocji. A mnie chce się płakać.

Co trzeba zrobić, żeby „przypodobać” się swoim dzieciom?

Pytałam się jej, czy wie dlaczego jest właśnie tak jak jest? Powiedziała, że to przyszło stopniowo, a zaczęło się jak córka miała 16 lat i chciała ekstremalnie „wykorzystywać uroki dorosłego życia”, a Pia nie ze wszystkim chciała się zgodzić. Więc, aby ją „ukarać” córka rzucała się w ramiona Tatusia, który pojawiał się w ich życiu pomiędzy kontraktami w dalekich krajach i był niezwykle szczęśliwy, że córka nagle zaczęła go tak kochać.

Pia mówi też, że rozumie, że w czasie dojrzewania młody człowiek bardzo cierpi i że trzeba to jakoś przeżyć, ale potem powinien zrozumieć. I ona nie wie co takiego zrobiła, że jej dzieci nie zrozumiały.

Bo, na pewno jest w tym i błąd Pii. Myślę, że nie jest osobą, która pierwsza wyciąga rękę, już trochę lubi żyć ze swoim „nieszczęściem”, z tą swoją samotnością z domieszką znajomych. Ale może rzeczywiście jako Matka nie musi/nie powinna tej ręki wyciągać? W końcu to już są zupełnie dorośli ludzie. A może powinna. Nie wiem.

Więc jeszcze raz: co można zrobić, aby nasze dzieci nas lubiły i darzyły szacunkiem? Ja winię moją Mamę, za to, że miała dla mnie zbyt mało czasu, Pia miała go aż za dużo. I tak źle i tak nie dobrze. Dlaczego nie umiemy docenić rodziców? Tak tak, ja też mam „swoje powody”, ale może powinnam starać się bardziej… tylko czy będę o tym pamiętać jak już wrócę do Polski i znowu coś będzie nie po mojej myśli? Nie, już dziś wiem, że nie będę. Oczywiście „JA” to inny przypadek niż dzieci Tii. Tak tak, przecież mam „powody”, ale tak naprawdę to chyba wszyscy jesteśmy tacy sami. Excuses, excuses… Szczęśliwi Ci, którzy jak Pan Boski widzą w swoich rodzicach mini-Bogów (mniej szczęśliwa ich druga połowa, ale to już inna para kaloszy).

Już niedługo będę miała 29 lat, więc pewnie wkrótce przyjdą i dzieci. Już się boję. Na pewno będę nie taka, jak powinnam. Generalnie jestem strasznie trudna a co dopiero w roli opiekuna- stróża- nauczyciela Młodego Człowieka!?

Moja Siostra jest super – Matką, a jej mąż świetnym Ojcem. Ale czy Mrówki będą sobie z tego zdawały sprawę za 10-20 lat? Dziś tak myślą, to wiem na pewno. Ale i dzieci Pii myślały w tym wieku. Gdzie tkwi błąd, który tak wiele z nas – dzieci/niedzieci sprowadza na manowce?

Ciebie nie? To masz wielkie szczęście, albo bardzo nie masz dystansu do samego siebie. Znam mało rodzin gdzie stosunki rodzice-dziecko są optymalne. W skrócie albo rodziców nie lubimy i frytki, albo obdarzamy pół-boskim szacunkiem tworząc nowoczesny obraz kompleksu Edypa/Elektry. Może jestem pesymistką, a może optymistką, która pozwala sobie widzieć świat jakim jest, a nie jakim chciałaby żeby był.

Ja jestem z wariantu „włoskiej rodziny” czyli kochamy się lub nienawidzimy w zależności od sytuacji, pięknie i ekstremalnie. Mogło być gorzej, mogło dużo lepiej.

Mam w życiu parę marzeń: objechać Świat dookoła, odnieść wielki sukces zawodowy, mieć świetne mieszkanie itd. Tylko, że tak na prawdę liczy się tylko jedno moje marzenie: założyć fajną rodzinę, w której wszyscy będą zdrowi i będą lubić swoje towarzystwo. I będzie rodzina która już mam i rodzina mojego towarzysza życia. Tak zwyczajnie, po prostu, codziennie. Szkoda, że jest to jedyne marzenie na które w najmniejszym stopniu nie znam recepty. Znam tylko te z gatunku: tolerancja, wzajemny szacunek, ugotuj zupę z jelenia – świetne, tylko jak to zrobić w praktyce?

P.S.

Przepraszam ewentualnych czytelników płci męskiej, ale pisałam ze swojej perspektywy, dlatego „macierzyństwo”.

DROGA DO SANTIAGO

Había una vez… czyli innymi słowy dawno, dawno temu, a konkretnie tak ok., roku 42 n.e Herod Agrippa wydał rozkaz zabicia apostoła Santiago, a następnie wrzucenia jego ciała do morza. Tak też się stało. Ale jak to zwykle w legendach bywa, pewnego pięknego dnia, a było to w roku 813 zakonnik – eremita zwany Pelayo, chodząc po lesie zauważył bijące z wnętrza ziemi światło. Zakonnik, nie zakonnik ciekawość zwyciężyła i zaczął kopać, w ten sposób odkrył dawno zagubione ciało apostoła. Następnie sprawy potoczyły się szybko: mnich powiadamia o swoim odkryciu biskupa Teomidora, a ten króla Alfonso II, który 814 r.n.e buduje pierwszą, niewielką bazylikę na cześć szczęśliwie odnalezionego A. Santiago.

A trzeba pamiętać, że nie były to czasy szczególnie napawające optymizmem ówczesnych katolickich mieszkańców Hiszpanii. Większość terytorium półwyspu Iberyjskiego była zajęta przez Muzułmanów. A więc taki odnaleziony apostoł był bardzo, ale to bardzo szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Przede wszystkim, jak głosi legenda, niejednokrotnie, gdy bitwa z muzułmanami była już nieomal przegrana, pojawiał się na białym (!!!) koniu i ciął głowy niewiernych waląc mieczem na lewo i prawo. A już bardziej konkretnie od momentu postawienia pierwszej a następnie dalszych i kolejnych bazylik na jego cześć, możliwe było wzmocnienie wiary katolickiej w Europie a to w wyniku ruchu pielgrzymkowego, który z różnym nasileniem przetrwał od IX stulecia aż do dzisiaj. Jak twierdzą Hiszpanie miał wpływ na zmianę socjalno – (przychodzili pielgrzymi, często młodzi mężczyźni) – ekonomicznej (budowa miejsc odpoczynku dla pielgrzymów, kościołów a w konsekwencji zmiana struktury urbanistycznej obszaru) struktury terytorium, a konkretniej terytoriów przez które wiodą szlaki do Santiago. Jako ciekawostkę napiszę, że w celu opisania „El camino de Santiago” powstał pierwszy (ponoć) przewodnik turystyczny zwany „El Códex Calistinus”, który dzielił drogę do Santiago na 13 etapów, które powinni pokonać pielgrzymi.

Nie będę opisywać miast na drodze do Santiago, bo jak wspominałam dróg jest wiele, z których najbardziej znana jest tzw. Camino Francés, wiodąca przez Pireneje, ale istnieje i wiele innych, na przykład ta, która prowadzi z Sewilli, przez cała Hiszpanię i na przykład Salamanka, też leży na drodze do Santiago.

Ludzie podróżują do Santiago w celach religijnych, z ciekawości (jest na liście UNESCO), albo dla odpoczynku, każdy ma swój powód.

Zasady są proste: w chwili obecnej, aby zostać „Compostelano”- czyli oficjalnie uznawanym pielgrzymem do Santiago, należy uzyskać „skierowanie” z własnej parafii, potwierdzające, że chce się odbyć pielgrzymkę, a następnie przebyć co najmniej 100 km szlaku pieszo lub na koniu, albo 200 km na rowerze (nie umiem zrozumieć dlaczego ten koń jest dwa razy krótszy?).

Można również wybrać drogę „na skróty”, czyli pojawić się w Santiago w tzw. Świętym roku, kiedy 25 lipca wypada w niedziele i przyjąć komunię świętą w okresie +-15 dni od dnia głównych uroczystości, ale rok jubileuszowy zdarza się rzadko:), także nie ma na co liczyć.

W innym wypadku trzeba iść lub jechać, a po drodze zbierać pieczątki w odwiedzanych miastach. Ponoć zawsze znajdzie się miejsce do spania i tani poczęstunek, a cała „Droga Francuska” powinna zająć ok. 35 dni. Jako nagrodę w katedrze w Santiago de Compostela można zobaczyć największe na świecie kadzidło, które musi obsługiwać 2 ludzi a dynda i rozsiewa zapachy przez całą długość kościoła, żeby nikt nie czuł się niedowartościowany.

Więcej rad: ze względu na warunki klimatyczne najlepiej odwiedzić Santiago w maju lub czerwcu, względnie we wrześniu lub październiku. Pewnie dlatego ok. 65% wszystkich pielgrzymów przybywa do Santiago w lipcu lub sierpniu, kiedy, jak twierdzą wtajemniczeni, można oszaleć z gorąca.

I nie wolno brać na drogę nowych butów – co również bywa zwyczajem pielgrzymujących do sanktuarium.

Może zadajesz sobie pytanie, dlaczego strzeliłam taki wykład na temat „El Camino de Santiago”? Słusznie pytanie. Otóż, gdyby nie fakt, że postanowiłam jechać do Salamanki, prawdopodobnie na „drodze francuskiej” spędzilibyśmy wraz z Panem Boskim zasadniczą część wakacji. Oczywiście nieprzygotowani, bo niby skąd mieliśmy wiedzieć, że przedtem trzeba się zgłosić w kościele, a bez potwierdzenia z parafii o pomoc na drodze (ponoć) ciężej. Poza tym, wykład w szkole na temat Santiago bardzo mi się podobał, więc pomyślałam, że się z Tobą podzielę co „nieco” lżejszą jego wersją. Dodatkowo Santiago jest ostatnio „modne”, czytałam o nim w przeciągu roku co najmniej dwukrotnie w ramach jakiejś beletrystycznej przygody, ostatnio w „Zahire”. Ty, może, też – więc przynajmniej wiesz, która bije.

Dalej nasuwa mi się refleksja, że ludzie potrzebują mieć swoją Częstochowę, Lourdes, Piekary Śląskie, albo chociaż Kalwarie, a tu w Hiszpanii jest to, jakżeby inaczej, Santiago de Compostela.

No i to są właśnie powody dla których dzisiaj ponudziłam trochę na temat drogi do Santiago.

IGLESIA DE LA PURÍSIMA

Jeszcze przed wyjazdem do Salamanki wymyśliłam sobie, że jak już przyjadę, niezależnie od tego jakie miasto zastanę, znajdę sobie jakiś „swój” kościół, do którego będę chodzić. Nie żebym była przesadnie religijna, wręcz przeciwnie, mój ksiądz z liceum nazwał by mnie dzisiaj „sekciarą”, bo ja jestem sobie religijna zupełnie po swojemu. Kościół też nie za bardzo chciałam znaleźć w celach religijnych, ale bardziej „myśleniowych”, żeby nie użyć górnolotnego określenia „kontemplacyjnych”.

Albo dobra, tak zupełnie serio to myślę, że istnieje coś takiego jak „pamięć powszechna” i moja mówi mi, że kościół to jedno z takich miejsc, gdzie człowiek czuje się bezpiecznie. Więc ja z góry założyłam, że mogę potrzebować mieć takie swoje bezpieczne miejsce w mieście do którego jadę.

W Salamance jest dużo kościołów: dwie naprawdę piękne Katedry – Stara i Nowa, czy też znane: Iglesia de San Esteban, de San Cristóbal, de San Martín. Tylko, że ja przypadłam sobie do gustu z kościołem o nazwie Iglesia de la Purísima, (który możesz zobaczyć klikając na link: http://www.guia-digital.com/salamanca/turismo/rm_purissima.cfm), który jak na istotnie przepiękne i przebogate miasto jakim jest Salamanka, nie robi żadnego wrażenia, ani z zewnątrz, ani w środku. Poza tym, że dla mnie to jest właśnie TO miejsce, to którego szukałam.

Powiem więcej, ”mojego” kościoła nie ma nawet w „Lonely Planet” a to oznacza, że naprawdę nie jest warty szczególnej uwagiJ Generalnie oczywiście.

Chodzę tam czasem na taką mini – 20 minutową mszę o 19:30, ale to głównie dlatego, żeby sprawdzić czy rozumiem jakieś kolejne słowo z liturgii. A tak na poważnie chodzę tam w innym czasie, żeby sobie ze sobą porozmawiać.

Czasem myśli przychodzą same, skupienie i wyciszenie pojawiają bez problemu. Ale zdarza się, że najpierw, jak mantrę, muszę powtarzać wszystkie znane mi modlitwy, żeby zagłuszyć napływ myśli, które mnie z jakiegoś powodu martwią. W takich chwilach staram się zastanowić nad każdym słowem modlitwy o której myślę.

Próbowałaś (eś) kiedyś skupić się, tak do końca, nad każdym słowem „Ojcze nasz” albo „Zdrowaś Mario”? Żadne nie jest przypadkowe, a wszyscy (?) klepiemy je myśląc o czymś innym:)

W momencie jak już naprawdę rozumiem czego dotyczą słowa modlitw, które powtarzam w myśli, zazwyczaj mój strach, który przyprowadził mnie do kościoła, jest już gdzieś daleko, a ja mogę zająć się czymś przyjemnym, na przykład dziękowaniem, że danego dnia, w moim życiu, stało się tyle dobrych rzeczy. Ale wtedy mogę już wyjść z kościoła, bo „dziękować” lubię jak idę…

Wtedy jest fajnie, bo jak się człowiek zamyśli, nieustannie dzieje się coś dobrego. Na przykład wczoraj: przemokły mi (znowu) buty, bo ciągle pada, ale pomimo tego nie było mi zimo w stopy, a wieczorny wykład o Castilla y León był bardzo ciekawy. Poza tym w domu było zabawnie i dostałam 4 smski! (czyli ktoś o mnie myśli). Do tego pogadałam sobie fajnie z moim nowym ICQ znajomym, a myślałam, że w ten sposób nie da się poznać normalnych ludzi. Itd., itd…

A poważniej, myślę, że mogę sobie pozwolić na tak swobodne podejście do religii, ponieważ robie to zupełnie świadomie. Poznaje historię kościoła, znaczenie różnych obrzędów i na razie odpowiada mi rola „sekciary”, ponieważ nie byłabym w stanie w odpowiedni sposób wypełniać wszystkich obowiązków Katolika. Inaczej to z mojego punktu widzenia jest tylko próba oszukiwania Pana Boga, co wychodząc z założenia, że jest w każdym czasie i wszędzie, jest bez sensu. Ale powszechnie ludzie o tym (moim zdaniem) nie myślą.

Ale jak już jesteśmy przy myśleniu.

Bardzo często zastanawiam się o czym myślą w kościele ludzie, których tam często (zwłaszcza tu w Hiszpanii) spotykam? Wiele z nich odmawia różaniec, albo inne monotonne modlitwy (nie chce siadać zbyt blisko, żeby im nie przeszkadzać). Zastanawiam się, czy też starają się rozumieć każde słowo, które mamlają pod nosem?

Tia, która jest katoliczką, twierdzi, że ona modli się w parku, że jej spokój jest tam. I że jej modlitwa to też głównie dziękowanie. Rozumiem.

Ale co myślą Ci ludzie, których zawsze (są to zawsze Ci sami ludzie, ale i ja jestem zawsze ta sama) spotykam na mszy o 19:30? Po co tam codziennie przychodzą? Może wiedzą, wierzą w coś, czego ja nie wiem, albo nie umiem zaakceptować? A może są tam tylko z przyzwyczajenia? Nawet kościół nie nakłada na nich obowiązku codziennego uczestnictwa w mszy świętej a jednak są. Dlaczego?

Wpadła mi do głowy przezabawna myśl, że przecież jestem w kraju Opus Dei, ale Ci ludzie nie wyglądają na członków prefektury personalnej:) Strasznie chciałabym umieć wejść do ich głów i dowiedzieć się co wtedy myślą, jak są na tej mini-myszy? Bo ja poza liturgia myślę tylko o nich.

No w każdym razie chciałam napisać, że to bardzo dobrze mieć sobie takie swoje bezpieczne miejsce, gdzie się wraca, jak stan naszych myśli odchyla się w kierunku ujemnym. I że nie ma znaczenia co to jest za miejsce, bo już sam fakt, że jest osiągalne, sprawia, że znika połowa zmartwień.

A jak będziesz w Salamance, zapraszam do Iglesia de la Purísima bo tam, z pewnością latać będzie kawałek mojej uśmiechniętej duszy:)

LITERATURA WĘGIERSKA

Przed wyjazdem zorganizowałam spotkanie z moimi najbliższymi praskimi znajomymi. Tak się składa, że jest między nimi dwoje Węgrów. Wszyscy zaproszeni byli strasznie kochani, i pomimo iż wyjeżdżałam tylko na 12 tygodni każdy przyniósł mi jakiś upominek.

Od „moich Węgrów” dostałam dwie książki:

Imre Kertész „Človek bez osudu“ („Los utracony"),

oraz Sándor Márai: „Svíce dohořívají” („Świece dopalają się do końca")

i w sumie w ten sposób dowiedziałam się, że istnieje literatura węgierska

(co podejrzewałam już od czasu gdy w 2002 roku Imre Kertész dostał literackiego Nobla :).

Wręczając mi książki pan Z. powiedział, że „Los utracony” to ze względu na Nobla, najbardziej znana na świecie węgierska książka, za to „Świece dopalają się do końca” to najlepsza węgierska książka.

Przeczytałam obie, obie mi się podobały i nie jestem w stanie jednoznacznie wyrazić opinii, która z nich była „lepsza”. Ponieważ były totalnie (ale głupie słowo, ale bardzo pasuje) inne.

„Los utracony” to coś w rodzaju „Innego świata” G. Herlinga – Grudzińskiego, tylko, że napisana z perspektywy 15 letniego chłopca i jak dla mnie dużo mniej „koloryzowana”. Jest to opowieść o losach małego Żyda, który w sumie nie czuje się Żydem, tylko Węgrem i nie za bardzo wie, dlaczego jest odwieziony do obozu koncentracyjnego. Przedstawia swoją historię bez zbędnej tkliwości, tak po prostu, chyba głównie ze zdziwieniem, o co w tym wszystkim chodzi? Nie stara się opisywać biegu wydarzeń ciekawiej ani bardziej dramatycznie niż mu się wydawały w momencie, kiedy rok „żył” w Oświęcimiu, Zeitzu i Buchenwaldzie. Książkę czytało się ciekawie, powiedziałabym jednym tchem. Ale tak samo czytałam „Inny świat”, „Medaliony”, czy wiele innych książek traktujących o wojnie.
Nie umiem powiedzieć, czy ja będąc w komisji przyznającej Nobla dałabym go akurat Kertészowi. Chyba nie. W pewnym sensie zgadzam się z jedną z recenzji, którą czytałam, że dostał go głównie dlatego, że jest Węgrem, A TEŻ był w obozie koncentracyjnym. No może nie aż tak drastycznie, ale jest to po prostu dobra książka, ale nie literatura ani opowieść, która rzuca na kolana.

„Świece dopalają się do końca” jest z zupełnie innej bajki. W tej powieści nie dzieje się nic. Tak bardzo nic, że Pan Boski (było nie było, technokrata i ignorant w dziedzinie literatury pięknej), tarzał się ze śmiechu czytając kolejne, wzniośle napisane zdania. W „Świece dopalają się do końca” chodzi mniej więcej o to, że bogaty Węgierski generał przygotowuje się do wizyty swego, kiedyś, najlepszego przyjaciela, nomen-omen Polaka, z którym nie widzieli się ponad 42 lata. W między czasie przypomina sobie wspólnie lata spędzone w szkole oficerskiej w Wiedniu, i potem podczas służby wojskowej. Powodem rozstania była zdrada, której dopuścił się Polak, najprawdopodobniej (bo nie jest to moim zdaniem tak zupełnie pewne) z żoną Węgra, no i domniemanie, że chciał go zabić podczas polowania, dzień przed swoim nagłym odjazdem.

Jak już pisałam nie dzieje się nic, a jednak również w jej wypadku nie da się oderwać wzroku od stron książki. To pierwsza powieść Márai’a, którą czytałam, ale ponoć ta gęsta, pełna „domówień” atmosfera jest charakterystyczna dla jego prozy. Nie porywa akcją, ale klimatem. Wszystko opisane jest tak dokładnie, że ma się wrażenie, że ogląda się obrazki a nie czyta książkę, a z drugiej strony nieomal wszystkie pytania pozostają bez odpowiedzi. Dlaczego tak naprawdę Konrad wyjechał? Czy chciał zabić Generała? Dlaczego Kristina, aż do swojej młodej śmierci nie starała się spotkać z mężem, który wyprowadził się do myśliwskiego dworku?

Pewne jest tylko to, że z mojego punktu widzenia, i tylko dla ideałów, cała trójka w pewnym sensie zmarnowała sobie życie. W samotności i ciszy.

Ponoć większość węgierskich krytyków spodziewała się, że to właśnie Márai dostanie literacką nagrodę Nobla. Książka była ciekawa, może kiedyś jeszcze przeczytam ją ponownie, a pod względem środków literackich na pewno lepsza od prozy Kertésza, ale i jej Nobla bym nie przyznała. Ponoć M. Forman właśnie zaczyna kręcić film na podstawie „Świece dopalają się do końca”. No bardzo jestem ciekawa o czym ten film będzie. Albo wymyśli akcję, albo skupi się na przeszłości, albo pójdę do kina z poduszką. W książce może nie dziać się nic i jednocześnie może być porywająca. Z filmem tej sztuczki powtórzyć się nie da. Moim zdaniem.

No w każdym razie chciałam Ci napisać, że literatura węgierska, w brew pozorom, istnieje, a na dodatek jest bardzo ciekawa, dlatego gorąco ją polecam. Pozwolę sobie jednak poczekać na Nobla dla Kapuścińskiego:)

TIA

Tia jest Szwajcarką. Jest ze mną w grupie. Przyjechała do Salamanki na 4 tygodnie, aby pouczyć się hiszpańskiego, bo chce, po raz ostatni, odwiedzić swoją bardzo starą ciotkę w Ekwadorze, a nie chce tam jechać, jeżeli nie będzie w stanie porozumiewać się po hiszpańsku.

Tia ma 60 lat. Przed sobą i za sobą zaskakująco dziwne życie o którym dowiaduje się w małych dawkach przy okazji wspólnych wypraw na wystawy lub podczas zajęć w szkole.

Nie wygląda na 60 lat, ale wiem, że jest 8 lat starsza od siostry, a siostra ma 52. Tia ma dwójkę dzieci: córkę, która może mieć 34 lata i właśnie wyszła za mąż po raz drugi i syna, lat 30, który jest podobnie wybuchowy jak jego ojciec i z którym lubi rozmawiać, ale tylko przez telefon, bo nie lubi jak zaczyna na nią krzyczeć, zwłaszcza w restauracji. Tia przekonuje mnie, że nie powinnam nigdy wychodzić za mąż, że ta instytucja przeważnie kończy się średnim sukcesem, a przecież w dzisiejszych czasach mogę żyć z kimś bez ślubu, aż do szczęśliwego końca naszych dni, albo bez bólu przestać, jeśli to będzie odpowiedniejsze. I że dziecko to też kwestia wyboru ojca, nie sukienki. Bo lepiej bez ojca, niż byle jaki ojciec. Oryginalne poglądy jak na, było nie było… Babcię.

Urodziła się we wsi koło Zurychu – więc najpierw umiała mówić po szwajcarsku i niemiecku. Po szkole pojechała na rok do Londynu, aby nauczyć się angielskiego. Zdała egzamin proficiency (ten najwyższy), a potem przeniosła się do Paryża, aby nauczyć się francuskiego. Po (następnym) roku wróciła do Zurychu, gdzie poznała swojego przyszłego męża, który akurat dostał kontrakt w Paryżu więc, jak twierdzi pojechała tam bardziej dla miasta niż dla niego.

W wieku niecałych 25 lat wyszła za mąż, a następnie podróżowali z mężem po całym świecie, gdzie on stawiał drogi i mosty. Ale przyszedł czas na dzieci. Więc osiadła w Paryżu, który lubiła najbardziej i tam się urodziły.

Następnych 16 lat spędziła z dziećmi w Paryżu sama, głównie dlatego, aby nie przeprowadzać dzieci z Algieru do Libii, a potem do Zurychu, Londynu i Maroka itd., co kilka miesięcy.

Kiedy mąż przeszedł na emeryturę przenieśli się do francuskiej części Szwajcarii, bo ona nie lubi jak mąż kaleczy szwajcarski, a teraz już i dla niej francuski jest pierwszym językiem. Mieszkają w Genewie.

Zanim mąż skończył pracować zdołał jeszcze stracić ich życiowe oszczędności podczas krachu na giełdzie, wtedy, kiedy wartość akcji Enronu gwałtownie spadła. Także żyją ze skromnych poborów męża i spadku, który ona dostała po matce i ku swemu własnemu zaskoczeniu zainwestowała z dosyć sporym zyskiem.

Tia jest trochę szalona. Mówi, że jak co piątek kupuje kwiaty, to nosi je ze sobą bo całym domu, bo lubi się na nie patrzeć. A na jesień na stoliku przy wejściu do mieszkania zostawia kolorowe zaschłe liście, żeby choć 2-3 dni cieszyć się ich kolorami.

Męża już chyba za bardzo nie zna, a na pewno za bardzo nie lubi, twierdzi, że czasem nie odzywa się do niej tygodniami, albo dla odmiany krzyczy bez sensu, bo…

Ona sama chyba nie jest w stanie podnosić głosu, ale z pewnością ma własne zdanie i poglądy. Przypomina mi kota, który chodzi własnymi drogami. Sam.

Tia spędza swój czas na robieniu rzeczy, które lubi. Uczy się hiszpańskiego, ćwiczy jogę, szyje i gotuje i uczestniczy w zajęciach na Uniwersytecie III wieku, ma wielu przyjaciół.

Mówi, że lubi być sama i że nie czuje się samotna. Że trochę żałuje, że dzieci cenią bardziej ojca, którego nigdy nie było i nawet jeśli przez chwile pracował tam gdzie mieszkali, to nie brał za nic odpowiedzialności, ale chętnie przynosił drogie prezenty.

Tia twierdzi, że jest szczęśliwa i ja jej naprawdę wierzę. Ale myślę, że jest w niej nutka smutku, że życie mogło być weselsze. Choć twierdzi, że tak naprawdę żałuje tylko tego, że wyrzuciła swojego pierwszego misia w jakiejś furii porządków z 15 lat temu. Ale tego faktu zaczęła żałować już następnego dnia po wyrzuceniu.

Lubię słuchać jak ze spokojem opowiada o jakichś dziwnych fragmentach swojego życia i zaczynam rozumieć dlaczego w Chinach życzenie: „obyś miał ciekawe życie” jest przekleństwem. Lubię słuchać Tii, ale bardzo chciałabym, żeby za 30 lat nie było we mnie tego spokoju, pokory, uśmiechu i tej kropelki smutku, bo chyba wszystko mogło być inaczej.

EREMITA

Dla pewności zacznę od tego, że nie jestem smutna, ani nie mam chandry ani złego humoru. Po prostu obudziłam się z myślą o nim, bo wczoraj koleżanka skarżyła się, że czuje się sama, że nie wie co będzie robić w czasie weekendu. Że nie wie co zrobić, żeby mieć kogoś, nawet nie wielkiej miłości, po prostu kogoś z kim spędzała by czas. Że jest tak bardzo sama.

Poza tym w nocy śnił mi się on – mój towarzysz podróży, EREMITA.

Tarot to szaleństwo, wiadomo, nie można w to wierzyć tak samo jak w horoskopy, wróżki czy chińskie ciasteczka. Niemniej jednak razem z moją przyjaciółką w ciągu ostatnich kilku miesięcy bawiłyśmy się w stawianie tarota 2 razy. Oczywiście śmiałam się z niej, że przecież to niemożliwe, żeby tarot mógł powiedzieć coś o nas, o naszej przyszłości, bo zawsze wybierzemy inne karty niż poprzednio. Ona mówiła, że to prawda, ale, że będę zaskoczona jak często te ważne dla nas karty będą się powtarzać. Potem sprawdzałam to jeszcze raz z kolegą i okazało się, że ma rację.

Ja mam zawsze 2 karty – przyjaciół od serca: Siłę, w jakiejś tam postaci (kart symbolizujących siłę jest więcej) i Eremitę. Zawsze. Nawet jeśli wybieram 2 karty, jedną z nich będzie mój Przyjaciel EREMIRTA, samotnik. Brzmi strasznie, prawda? A może po prostu prawdziwie?

Ale najpierw o samotności. Po smutnych wyznaniach koleżanki, zaczęłam się zastanawiać czy zdarza się nam, że NIE jesteśmy sami? Doszłam do wniosku, że zdarza. Czasem uda nam się spotkać człowieka lub ludzi, którzy nieomal potrafiła czytać nasze myśli. Ale to wszystko pod warunkiem, że mają czas i że mają ochotę poświęcić go właśnie nam. Ile znam par w których on i ona nie są sami? Chyba tylko rodzinę mojej Siostry i to też nie zawsze. Reszta czasem spotyka się w pół drogi, ale generalnie żyje, myśli, sama, tworzy swój świat na swój własny użytek – i na użytek swoich małych dzieci. Poza tym są jeszcze chwile zapomnienia, kiedy jesteśmy gdzieś w jakimś fajnym miejscu z przyjaciółmi i jest nam dobrze, uchylamy drzwi do naszego świata. Jak bardzo, to zależy z kim. Samotne nie są chyba tylko małe kochane dzieci. Te cała swoja samotność oddają rodzicom, którzy są ich małym-wielkim światem. Jeszcze są momenty na początku (szczęśliwego zwłaszcza) zakochania, kiedy wydaje nam się, że chwyciliśmy Pana Boga za nogi i ten ON/ONA będzie dzielił z nami nasz świat. Acha… pierwszych 5 minut, chyba, że mamy szczęście podobne do wygranej w totolotka.

Potem już generalnie idziemy sami.
Możemy sobie gadać, że nie. Jesteśmy sami.

Wiec miła Pani V., to se neda, lepsi uz to nebude! Przynajmniej nie permanentnie.

I już to jest dostateczny powód, żebym uznała EREMITĘ, za swojego przyjaciela. Zamiast się bać, postanowiłam jednak, że poznam go lepiej. I okazało się, że nie taki diabeł straszny….

Oto opis karty, którą wybieram (jak dotąd) zawsze:

EREMITA. Karta poszukiwania prawdy w oparciu o własne możliwości umysłowe. Jeżeli wyciągnąłeś(aś) Pustelnika to nadszedł już czas, aby wykorzystać swoje potencjały intelektualne opierając się o własne przemyślenia i samodzielnie, w odosobnieniu, odkrywać prawdę ukrytą głęboko przed poznaniem w nieświadomości zbiorowej. Cechuje Cię precyzyjne myślenie i możesz nawet bez wykształcenia lub odrzucając wszystko co wiesz (to może się okazać niezbędne na początku) uzyskać kontakt z Najwyższą Mądrością i mieć dostęp do pokładów wiedzy niezwykłej, napełniającą i przenikającą materię. To sprawia, że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są jednym. Uzyskać możesz obraz pełny i zrozumiały. Droga jednak nie jest ani łatwa ani krótka. Czeka Cię wiele okresów zwątpienia bądź rezygnacji, a kiedy ostatecznie stracisz nadzieję i powiesz sobie, że nic nie wiesz i nic nie rozumiesz, odnajdziesz właściwą drogę i prawdę. Musisz bezbłędnie rozpoznać, która droga zaprowadzi Cię do prawdy, a którą nie wolno Ci iść, bo nie wiadomo w którym miejscu i czasie na powrót będzie za późno. Jest tam wiele kuszenia i wiele pseudointelektualnych dyskusji, które do niczego nie prowadzą. I choć wydawać Ci się będzie, że jest to ważne, nie daj się w to wciągnąć. Musisz odróżnić prawdę od fałszu, w przeciwnym razie czeka Cię katastrofa. W swoim zasadniczym znaczeniu Pustelnik to ten, który świadomie wybiera duchową ścieżkę bez oparcia o zinstytucjonalizowane formy, a swoją mądrość uzyskuje w oparciu o własne przemyślenia, z dala od ludzkich skupisk, również po to aby lepiej zrozumieć siebie.

A więc Panie E. już jakiś czas dzielimy wspólną drogę z lepszymi lub gorszymi efektami… A biorąc pod uwagę, że i tak myślę, że generalnie jesteśmy sami – my, ludzie (ale nie koniecznie samotni, bo to nie to samo), to może nie tak źle, że jest ze mną.

I wcale nie musisz się ze mną zgadzać:)!

XV CUMBRE IBEROAMERICANA

Od środy ( 12.10.2005 – przypominam rocznica odkrycia Ameryki) Salamanka stopniowo zamieniła się w twierdzę. I ma ku temu dobry powód – właśnie tu odbywa się spotkanie wielkich świata języka hiszpańskojęzycznego ( i portugalskojęzycznego, bo trudno zapomnieć o Brazylii i Portugalii). Ulice są pełne policjantów, bodyguardów i dziennikarzy, wszystkich z charakterystycznymi identyfikatorami, dyndajacymi na kolorowych tasiemkach.

Jest król i książe hiszpański, najprawdopodobniej przyleciał również Fidel Castro (miał potwierdzić swoje uczestnictwo pół godziny przed planowanym odlotem samolotu z Kuby, a ja nie mam TV) i generalnie wszyscy wielcy z ameryki południowej i środkowej.

Od środy, samochody (w tym taksówki) nie maja wstępu do centrum miasta, a nam co najmniej 3 razy dziennie przypominają w szkole, że powinniśmy nosić ze sobą ID i pokazywać je na każde wezwanie, i nie dyskutować!!! Policja będzie uprzejma, ale nie miła.

I nie nosić plecaków, ani żadnych podejrzanych przedmiotów. No jasne, kto w dzisiejszych czasach nie nosi małej bobki w plecaku, albo chociaż poręcznego kawałka plastiku na Fidelka?

Plecak nosze, ID też, ale najwyraźniej nie wyglądam na terrorystę, bo nie zaczepił mnie żadnej z tysiąca policjantów mundurowych i udających nie policjantów, których spotkałam na swoich drogach od środy.

O 10:00 na Plaza Major (rynku głównym, o nim kiedyś szerzej) miał być Król Hiszpanii, ale w klasie mnie przegłosowali i nie poszliśmy się gapić. ¡Qué pena! Szwajcarzy kurde, mają Davos to się im nie chce oglądać wielkich tego świata:)

Najbardziej to bym chciała zobaczyć Fidela – ostatniego wielkiego łgarza naszej epoki, ale ten to pewnie będzie przejeżdżał w czołgu, to i tak bym nie miała szansy.

O słyszę helikopter… to nie przypadek, helikoptery monitorują miasto już od niedzieli.

Się dzieje, co nie?

PRAWO KOBIET DO BUTÓW

Tak w dowolnym przekładzie (z czeskiego) nazywał się jeden z odcinków mojego ulubionego serialu „Sex w wielkim mieście”. W skrócie chodziło o to, ze Carrie została zaproszona na jakąś imprezę z okazji powicia następnego dzidziusia, gdzie zaraz na wstępie kazano jej zdjąć buty (jak zwykle od Manolo Blanicka) i te buty się gdzieś zawieruszyły. Skutecznie. Dla mamusi dzidziusia to były „tylko buty”, dla głównej bohaterki były to „jej Manolki” za $485. No i mamusia, niegdyś również walnięta na punkcie butów nie mogła zrozumieć i zaakceptować jak można kupować buty za $485???. Kto oglądał, ten wie jak się to skończyło, reszcie zdradzę, ze dostała swoje buty z powrotem.

No i ja o tych butach i Salamance oczywiście.

Chodzi o to, że ja sama nigdy nie miałam obsesji na punkcie butów i nie do końca jestem w stanie zrozumieć potrzeby posiadania aż tak wielkiej ilości czegoś, czegokolwiek (poza książkami). W zeszłym roku zapytana przez dyrektora i współwłaściciela jednego z największych angielskich i europejskich domów maklerskich, podczas przyjemnego obiadu z widokiem na London Eye, o ilość posiadanych przeze mnie par butów odpowiedziałam, że 5 (słownie: pięć, no dobra nie liczyłam butów narciarskich i łyżew), co jego nieomal powaliło na kolana, bo żona ma jak twierdził ok. 200 par. No nieomal poczułam się mało kobieca:)

Wracając do tematu, chciałam napisać, że nie czułam potrzeby posiadania wielu par butów, do czasu kiedy przyjechałam do Salamanki.

Tak więc, w skrócie:

Panowie, jeśli chcecie się dobrze ubrać, jedźcie do Mediolanu, Rzymu lub Paryża, gdzie w okresie „sales” kupicie jedwabny garnitur od Zegny za EUR 200, a fantastyczne jedwabne krawaty nawet za 10. Sami Hiszpanie, nie wiem jak, ubierają się bardzo ładnie, ale zawartość sklepów z odzieżą męską nie rzuca na kolana. Podobne jak w Polsce, tyle, że droższe.

Panie, jeśli chcecie kupić buty i nie wydać przy tym zupełnie ostatniego grosza, przyjeżdżajcie do Hiszpanii (na przykład Salamanki). Sklepów jest pełno, wszędzie i w co najmniej połowie znajdziecie buty tak piękne, że nie będziecie mogły postępować inaczej niż „odwiedzać” je co najmniej od czasu do czasu, jeśli nie kupić!

Ja na razie jestem w fazie odwiedzin, bo podoba mi się tak wiele, że musiałabym zrezygnować z jedzenia, przez dalszą część pobytu, nawet jeśli chciałabym posiąść tylko sporą część, a to już nie mówię wszystkie, które mi się podobają.

Tak tak, sklepy z ubraniami też są piękne, ale Mango, Promod, Zarę czy inne sklepy możemy odwiedzić w Pradze czy Warszawie, a w czasie obniżek nawet coś kupić:).

Ale buty? Fantazja.

Wybór nie polega na decyzji Ryłko czy Bata, ale wybiera się z dziesiątek jeśli nie setek fantastycznych modeli w przeróżnych sklepach i sklepikach, w większości o dźwięcznej nazwie „Zapatos” – czyli buty, po prostu. Są piękne: dla konserwatystów konserwatywne, dla odważniejszych szalone, we wszystkich kolorach i fasonach jakie tylko można sobie wyobrazić. A do tego wcale nie są takie drogie. Za EUR 40 można kupić zupełnie szalone byty na lato, a te od EUR 60 to już zupełny odjazd. Można oszaleć.

W chwili obecnej odwiedzam:

– byty na ok.10 cm, ale najwyraźniej wygodnym obcasie, koloru ciemnozielonego (nie mam nic ciemnozielonego), tył z wężowej skórki, z przodu paseczek, ale nie tylko wokół kostki, ale też od przodów aż po samą górę. Nie wiem dlaczego, ale myślę, że tak wygląda szczyt elegancji, myślę również, że w takich butach powinno się tańczyć flamenco (ale to już tylko w mojej wyobraźni).

– buty na ok.4-5 cm obcasie, koloru kawa z mlekiem wpadająca w jaśniutki brąz z wiiieeelkim kwiatem z przodu. Tych nie powstydziłaby się nawet Carie. Powalającą piękne. Wiem, trzeba widzieć, żeby uwierzyć.

No, mogłabym jeszcze trochę powymieniać, ale jestem przekonana, że jeśli przed odjazdem zostaną mi jakieś pieniążki…. BĘDĄ MOJE!