WYZNANIA GEJSZY

Reżyseria: Bob Marshall, na
podstawie ksiązki Arthura Goldena

Już będąc w Hiszpanii czytałam
sporo recenzji dotyczących tego filmu, poczynając od zupełnie mało pochlebnych
na peanach (jednak osamotnianych) skończywszy.

Książka Goldena była jedną z
najbardziej porywających jakie w życiu przeczytałam, a wierz mi, przeczytałam
sporo książek, dlatego postanowiłam wydać 4,2 EUR i dojść do własnych wniosków.

WNIOSKI: kto czytał książkę i
podobnie jak ja był nią zachwycony, raczej nie wyjdzie z kina rozczarowany. Przypuszczam,
że poza zupełnymi malkontentami, albo miłośnikami absolutnie innych gatunków filmowych,
zniechęconych będzie mało. Oczywiście w stosunku do wersji książkowej dokonano
pewnych skrótów czy ułatwień w fabule filmu, który i tak trwał 130 min. +
reklamy. Niemniej jednak, z przyjemnością stwierdzam, że temat, egzotyka, a do
pewnego stopnia edukacyjny charakter pierwowzoru (kto z nas wie cokolwiek o
życiu gejsz, poza stereotypami?), został zachowany.

Przedwojenna Japonia czaruje
kontrastami biedy i bogactwa, luksusu i skrajnej nędzy. No i zwyczajów bardzo,
ale to bardzo odmiennych, od tych, które są nam bliskie.

Oczywiście jest to Hollywoodzka produkcja
a nie film eksperymentalny z trzęsącą się kamerą (za którymi osobiście nie
przepadam). Jest kolorowy, czarno-biały, jest zimny, ciepły, wesoły, smutny.
Pełny. I ciekawy. Nie ma przydługich pustek na filozofowanie.
W pewnym sensie,
romantyczny. Ale nie jest to zbyt tania romantyka. Myślę, że taniec prawdziwych
gejsz na żywo, doprowadziłby do ekstazy nie tylko panów. Jest niesamowity.

Dla porównania w niedziele byłam
na MONACHIUM, Spielberga. Też doskonale zrobionym technicznie, raczej spójnym,
ciekawym firmie. Traktującym o trudnych niuansach Izraelsko – Palestyńskiej polityki.
Zrozumiałam, że jakakolwiek wojna jest bez sensu, ale to wiedziałam i bez
filmu. I, że po skończeniu wielkiej, albo prywatnej wojny wszyscy są w zasadzie
przegrani. Ale i ta wiedza jest mi bliska.

Gdybym miałam polecić jeden z
nich, bez wahania wybrałabym Gejszę. Z Monachium nie dowiemy się nic czego nie
wiedzielibyśmy wcześniej. Przynajmniej ja się nie dowiedziałam. Może dlatego,
że jestem kobietą i rozterki morderców z tej czy innej strony jakoś nie za
bardzo wstrząsają moją duszą, a może dlatego, że film po prostu nie był
zupełnie przekonujący, jakby reżyser sam nie do końca wiedział co chce osiągnąć,
nie wiem.

No to już idźcie na tą Gejszę,
żeby się zgadzać lub nie:)

SEVILLA – CIEKAWOSTKI

Kilka spostrzeżeń z pierwszych
dni w stolicy Andaluzji – mało dydaktycznie, bardzo subiektywnie:

  1. jeżdżenie autobusami miejskimi w Sevilli, a
    właściwie w całej Andaluzji, można uznać za swego rodzaju sztukę. To, że
    jesteś na właściwym przystanku, albo, że jedziesz właściwym autobusem,
    wcale nie gwarantuje osiągnięcia celu. Kluczem do sukcesu jest
    SYGNALIZOWANIE. A konkretnie: jeżeli interesuje Cię wariant wsiadanie
    musisz wyraźnie poinformować nadjeżdżające monstrum, że jest obiektem Twoich
    westchnień. To, że stoisz na przystanku i huśtasz się na krawężniku,
    zdaniem tutejszych kierowców, nie jest jednoznacznym przejawem woli. W
    celu zatrzymania autobusu należy odpowiednio wcześnie nastawić dłoń, w
    sposób podobny do używanego powszechnie przez autostopowiczów, albo rzucić się pod
    koła ( autobus trochę zwalnia podczas zbliżania się do potencjalnych
    przystanków, więc masz szanse przeżyć). Jeżeli chciałbyś wysiąść z
    autobusu, na przykład w centrum miasta, powiedźmy obok gigantycznego domu
    handlowego, przed którym zlokalizowany jest przystanek, nie licz na to, że
    autobus wpadnie na to, że jak warujesz przy drzwiach to nie dlatego, że
    chce Ci się siku! Musisz nacisnąć odpowiedni guzik znajdujący się na
    rurce, co spowoduje zapalenie się światełka tuż obok kabiny kierowcy, co
    znacznie zwiększy Twoje szanse na opuszczenie pędzącej maszyny. Uwaga:
    guzik musi działać, sprawdź czy zapaliło się światełko!
  2. dla odmiany przechodzenie przez ulicę jest o
    wiele prostsze niż na północy kontynentu. W wypadku, że mowa jest o uliczkach
    wewnątrz osiedlowych – przechodzisz. Jeśli ulica przez którą przechodzisz
    ma nie więcej niż 2 pasma w każdą stronę, rozglądasz się, przechodzisz.
    Kolor światła obojętny. Jeśli musisz dostać się na drugą stronę 6 pasmowej
    arterii, przechodź raczej po pasach. Zawsze możesz zginąć, kolor światła
    obojętny. Na dużych skrzyżowaniach zwykle razem z zielonym światłem włącza
    się stoper, który odlicza ile jeszcze sekund Twoje szanse na bezpieczne
    przejście są bardzo wysokie. Z upływającymi minutami, mały zielony ludzik
    umieszczony pod stoperem zaczyna poruszać się coraz szybciej. Biegnij!
  3. znasz adres: Plac XXX i jesteś na 100% tam,
    tylko, że nie widzisz żadnego placu???!!! Bingo! Placem nazywa się tutaj
    to co autor ma na myśli, na przykład ogródek 30 m2 pomiędzy 4 blokami. Take it easy…
  4. Andaluzyjczycy uważają, że wymawianie całego
    słowa nie ma sensu. Wystarczy pierwsza połowa. A więc nie Adios, ale Adio,
    itd. Drugą połowę wymyśl sobie sam.
  5. jesteś studentem. Chcesz znaleźć salę w której
    będą odbywały się następne zajęcia. Nie sugeruj się numeracją pomieszczeń.
    To, że zajęcia mają odbywać się w AULI VI a Ty stoisz przed AULĄ VI, wcale
    nie oznacza, że jesteś w domu! Zapytaj się, siedzących w Sali, jakie
    zajęcia będą się tam odbywały i jeżeli większość będzie zgodna, że Twoje,
    zostań. Na uczelni może być dużo AULI VI. Inna sprawa, że obok AULI VI
    powinieneś się spodziewać AULI IXX a zaraz obok AULI 156, kto powiedział,
    że numeracja ma być jednolita?
  6. szukając wymarzonego profesora postępuj
    systematycznie, otwieraj kolejne, nieoznaczone drzwi i mów przepraszam.
  7. jeśli wybierasz się do Hiszpanii a ja tu
    piszę, że powiedźmy przedwczoraj było +30 C to nie zabieraj
    tylko wiosenno-letnich ubrań. Pamiętaj, że musisz przeżyć noc… a to
    oznacza często jakieś +3C
    na zewnątrz i +14 C
    w domu! (jak masz szczęście)
  8. jesteś przekonany, że Amerykanie to debile,
    którzy nigdy nie wyściubili nosa poza swój własny stan? Być może masz
    rację, ale nie są jedyni. Na 40 studentów geografii!!! chodzących na
    zajęcia z Geografii Regionalnej Europy 5 odwiedziło jakieś kraje poza Półwyspem
    Pirenejskim, w tym: 1 Amerykanin, 1 Czeszka, 1 Polka.
  9. budzisz się rano, nie wiesz w co się ubrać.
    Broń Boże nie sugeruj się stanem odzieży osób przemykających po drugiej
    stronie okna! Umiesz liczyć, licz na siebie. Otwórz okno, wystaw rękę i
    podejmij samodzielną decyzję. Piękno fizyczne jest w tych stronach
    niezwykle istotne! Kobiety mogą wyjść w spódnicy i bez rajstop nawet jeśli
    na zewnątrz jest + 6C
  10. chcesz wiedzieć kiedy, gdzie (salę lepiej sprawdź 2 razy:) i o której
    godzinie odbędą się egzaminy, które są za pół roku? Przejrzyj strony
    uczelni. Dzisiaj:)

SPROSTOWANIE

Myślę, że jestem moim plecom
winna sprostowanie.

W związku z tym, że już mnie
boli wszystko, z przewagą gardła, muszę przyznać Evelinie rację, to nie plecy to
przeziębienie. Jak zwykle, nie umrę, ale przechodzę do następnego razu. Czyli
git. Lepsze to niż choroba pt. "ból pleców", bo bolą bardzo.

Idę się leczyć do jutra rana:)
(o 8:00 mam zajęcia)

CO ZROBIĆ ŻEBY…

nie bolały plecy? No co? Ostatnio
bolą mnie jak układam się do łóżka, w ciągu dnia a nawet budzę się w nocy, żeby
poczuć, że je mam i że znów jest im źle.

Dzisiaj spałam z nogami na
poduszce i z Misiem pod plecami (od zawsze podróżuje z pluszowym misiem i
olejnym obrazkiem z kwiatkami w starej ramce od Babci Jasi, który z resztą należy
do Starszej, ale mi się do rączek przykleił), żeby choć trochę spać. Jak te
okropne ptaszyska – całe stado złożone z miliona sztuk, chyba – zaczęły się drzeć,
jak co rano, o 6:00 rano, to chciałam je wystrzelać, bo znowu musiałam z
godzinę wymyślać jak położyć plecy, żeby usnęły. Joga nudzi mnie niezmiernie, ale
chyba będę musiała trochę jednak poćwiczyć, ponieważ, jak ćwiczyłam, to nie bolało mnie
zupełnie nic, tyle że się 2 godziny w tygodniu nudziłam jak okoń, ale to chyba
rozsądna cena.

Antropologia religii podoba mi
się bardzo. Co prawda poza egzaminem czeka mnie napisanie 10 stronnicowej
recenzji ksiązki i chyba 2 stronnicowego polemicznego artykułu. Nie mam
zielonego jak to napiszę, ale wykłady są bardzo ciekawie prowadzone,
przynajmniej ten pierwszy, więc staram się nie martwić na zapas.

Jutro idę zobaczyć jakiś przedmiot z historii sztuki, jeśli mi się spodoba to też będę na niego chodziła. Jeśli
nie, to rzucę się na rozwój regionalny (na który, na razie profilaktycznie,
chodzę), albo na zarządzanie kultura czy t.p. Zobaczę. W każdym razie już mam wybrane 4 z 5
przedmiotów (liczę hiszpański jako przedmiot, tak jak Miranda kazał!:)

Drażni mnie tylko to, że tutaj
jak przedmiot ma 4h tygodniowo to trzeba je rozłożyć na 4 dni, bo by się
student znudził. A że potem student ma milion okienek i lata jak kot z
pęcherzem na trasie domek- szkoła, na to już nikt jakoś nie wpadł. Ale co kraj
to obyczaj.

Miałam dzisiaj napisać dlaczego
Pan Boski jest Boski, z okazji Walentynek, ale zażyczył sobie żeby w języku
czeskim, więc postanowiłam nie straszyć i dostał ją tylko dla siebie:) Chciałam
tylko zaznaczyć, że NADAL trwa gołębi okres, co oznacza 45 dni sielanki, czyli
jak dotychczas zaklęte rewiry.

Wszystkim zakochanym, życzę
cudownych przeżyć, a nie zakochanym szybkiego zakochania!
Taka jestem (a to nawet jak bolą mnie plecy, docenić proszę!:)

PIERWSZY DZIEŃ W SZKOLE

Jeszcze nie cały, bo o 20:00 mam
następne zajęcia, ale już nieomal cały, mam za sobą.

Wrażenia niejednolite.

Na Regionalnej Europy „Mirinda”
mówi tak, że rozumiem każde słowo i jestem w stanie nieomal każde zapisać. Na
Dziedzictwie tak dziwnie, nawet nie szybko, ale dziwnie, że tak w połowie zaczęłam
chwytać która bije, ale gość jest sympatyczny więc powinno być ok. Nadprogramowo
poszłam na Rozwój Regionalny. No to było coś. Człowiek wygląda jak monstrualna
mysz (ale taka wychudzona) i mówi tak szybko jakby strzelał z karabinu
maszynowego. Rozumiem go, ale chyba w żadnym języku nie byłabym w stanie robić
notatek. Więc jeśli wieczorna Antropologia nie będzie wiała nudą to chyba z tego
zrezygnuję.
Nie miałam specjalnej okazji do
rozmów z ludźmi, którzy są zupełnie inni na każdych zajęciach. Ale może to
przyjdzie z czasem.

Wczoraj za to poznałam
przyjemnych Hiszpanów (zwłaszcza jednego, hi hi, no nie, żartuje, planuję
zostać świętą:). Z tymi sobie dla odmiany pogadałam co sprawiło mi dużą przyjemność.
Byliśmy w kinie (film był po
angielsku… i przyznaje bez bicia nie chciało mi się czytać napisów z których
rozumiałam mniej niż z gadki), ale o filmie to chyba dopiero jutro.

Po szkole, z zapałem głodomora, udałam się na zakupy spożywcze.
Mam koło domu dwa supermarkety, więc w głowie ułożyłam planik co i za ile i….. okazało się,
że mają sjestę. Co jest o tyle zabawne, że jeden ze sklepów reklamuje się, że ma otwarte
24/7. No chyba 24-3h sjesty, ale to dla wszystkich, poza mną, było oczywiste.

Z resztek, które miałam w domu
zrobiłam sobie makaronik z pieczarkami i słoniną (wiem, wiem cóż za urocze
zestawienie, ale nic innego nie było). A teraz idę sjestować, bo do 21:30 będę w
szkole.

POGODA DLA CIEPŁOLUBÓW

Wczoraj wyszłam sobie na
codzienny spacerek ubrana jak średni niedźwiedź (zima jest, przypominam):
– bluzunia,
– sweter,
– lżejszy płaszczyk,
– szaliczek.
O rajtuzkach i dżinsach nie
wspomnę.
….Ale jakoś mi było ciepło. No to
wepchnęłam szaliczek do plecaka. Ciągle mi było ciepło. Więc wepchnęłam do
plecaka również sweterek. Nadal nie były to optymalne temperatury. Rozpięłam płaszczyk tak,
żeby wiatr mógł wiuchać z wielką radością przez całą mnie. Było mi ciepło, ale
już się nie piekłam. No i tak szłam i szłam… aż zobaczyłam wielki termometr…
było + 30C!!!
No takiego lutego to jeszcze w życiu nie miałam!

Całą noc lało, więc teraz znowu będzie
z 17C, ale
jednak ciągle to trochę inne klimaty niż te do których jesteśmy przyzwyczajeni.
Zwłaszcza, że w tym samym czasie, Pan Boski pisał, że w okolicach „wiejskiego
domku” jego rodziców napadało pół metra śniegu, a on idzie na biegówki! Ha ha
Tu mogę sobie co najwyżej
pobiegać:)

XXX
W piątek rozmawiałam z
profesorem Mirindou:). Bo czekaniu i czekaniu i czekaniu w końcu spóźniłam się
na umówione spotkanie. Ale obciach, cała ja:). Niemniej jednak Pan okazał się
bardzo przyjemny.

Rozmowa o moim planie zajęć
wyglądała następująco:

A: – no, to już 7 wersja planu,
trudno to jakoś razem poskładać
P: – bo za dużo przedmiotów
sobie dałaś, serio, chodź sobie na 120, ale nie przyznawaj się nikomu.
A: – a co Pan myśli o moich
wyborach?
P: – geografia usług ? nawet o
tym nie mysl, niiieeee, okropny człowiek, nie wie o czym mówi
A: – a ta antropologia? Mogę mieć
z facetem albo z babka…
P: – z facetem!!! Ja ją znam!
ona ma 150 lat, mówi bardzo wolno, ale bardzo, umarłabyś z nudów. A facet? A
Ciebie serio interesuje antropologia? Jeszcze nie znałem nikogo kogo interesuję
antropologia?
A: – no, interesuje
P: – to już lepiej ten facet. Ale
myślę, że będzie mało ludzi. Chcę przez to powiedzieć BARDZO MAŁO LUDZI. Ale
idź w poniedziałek to zobaczysz.
P: – ten przedmiot ze mną to
zaliczysz (G.regionalna Europy, normalnie okropna, straszna kobyła). Ja jestem żywotnie przekonany, że polscy studenci są bardzo zdolni.
A: – a ten o kulturze, to ciekawy?
P: – no czy ciekawy to nie wiem,
bo pierwszy rok. Ale ma go ten gość co siedzi naprzeciwko mnie (pokazuje na
kolegę). Nie będzie mi się narażał. MOICH studentów nie obleje. To czyni
przedmiot znacznie atrakcyjniejszym, nie wydaje Ci się?
A: – a geografia polityczna?
P: – wykrzywia się
A: – no dobra, zapomniałam o
politycznej
P: – a liczysz hiszpański?
A: – a mogę?
P: – no jasne! 6 punktów jak
malowane!

Itd., itd… to wszystko po
angielsku, żeby nie było wątpliwości, jakoś tak sam chciał (zanim powiedziałam
słowo po hiszpańsku), no to się nie broniłam:)

XXX
Pointernetowałam i idę się paść.
Dzisiaj wstęp do Katedry za darmo. Nie wolno przegapiać takiej okazji!. A jutro
po raz pierwszy do szkoły. Trochę się boję, jak pierwszoklasista, to już tyle lat od ostatniego razu…:)

P.S.
Kto nie czytał o Cajas Espanolas,
polecam, bo film był BARDZO, ale to BARDZO ciekawy!

LAS CAJAS ESPAÑOLAS

Hiszpańskie skrzynie. Reżyseria:
Alberto Porlan

Piszę to o 1:39 nad ranem, właśnie
skończyłam oglądać prawie dwugodzinny film dokumentalny z 2004 roku dotyczący
drogi, jaką w czasie wojny domowej w Hiszpanii (przypominam 1936-39) przebyły
obrazy i najcenniejsze dzieła sztuki z madryckiego Muzeum Prado.

…Jest rok 1936. Różnice pomiędzy poszczególnymi grupami społecznymi w Hiszpanii są tak wielkie, że
zaczynają kształtować się dwa wyraźne obozy: lewicowy – złożony głównie z
niewykształconego plebsu, oraz prawicowy, w którego skład wchodzi burżuazja
wspierana przez kler, nad którą władzę za jakiś czas obejmie generał Franco.
Rebelie nasilają się do tego stopnia, że rewolucja powoli zamienia się w wojnę
domową, która krok po kroku rozszerza się na teren całej Hiszpanii. W tym
momencie dziejów wojna jest jeszcze daleko od Madrytu, ale zbliża się wielkimi
krokami….

Grupa zaniepokojonych
intelektualistów, malarzy i znawców sztuki zaczyna zastanawiać się jak
przeszkodzić powstańcom w niszczeniu dzieł sztuki. Przede wszystkim jak nie
dopuścić do zniszczenia jednej z największych światowych kolekcji obrazów,
zgromadzonej w Muzeum Prado w Madrycie.
W
pierwszym odruchu kilka obrazów oddają do depozytu w Banco de Espada. Ale
okazuje się, że zwiniętym w rulon starowiekim arcydziełom bardziej szkodzi
wilgoć niż bombardowania. Front zbliża się coraz szybciej. Obrazy trzeba ukryć
NATYCHMIAST. Konserwatorzy wpadają na pomysł zaprojektowania ogromnych skrzyń,
do których wkładają przygotowane i szczegółowo skatalogowane dzieła sztuki, w tym
obrazy, włącznie z ramami. Przygotowania przebiegają w ekspresowym tempie,
zwłaszcza, że na Prado spadają pierwsze bomby.

Konwoje z dziełami mistrzów
pędzla, tonami złotych i srebrnych monstrancji, biżuterii i klejnotów koronnych
wymykają się z Madrytu już wśród huku bomb. Jadą do Walencji do specjalnie
przygotowanego kościoła, który ma służyć jako depozyt. 59 najcenniejszych
obrazów będzie ukrytych w starych fortyfikacjach. Te, pod kierownictwem
architekta Prado, zostają przygotowane do obrony skarbu. Wymyślono 5 warstw
ochronnych, w tym jedną z ryżu, którego sprężystość ma zabezpieczyć arcydzieła
w wypadku ataku bombowego. Gdyby taki nastąpił, zasypanym gruzami obrazom nie
powinno grozić niebezpieczeństwo. Z tym, że to dopiero początek wędrówki
hiszpańskiego skarbu. W warunkach
zmieniających się rządów i przesuwającego frontu, konwoje z tysiącami bezcennych
obiektów docierają do Barcelony a następnie Figueres.

Stamtąd w wyniku nacisków
społeczności międzynarodowej a przede wszystkim dyrektorów British Museum i
Luwru zostają skazane na dalszą drogę, tym razem do „bezpiecznej” Genewy. W
1939 roku Franco ostatecznie przejmuje władzę a jego rząd zostaje uznany przez
społeczność międzynarodową. Aby przysporzyć sobie sojuszników, w maju 39’ Franco zgadza się, aby
zachowane w doskonałym stanie arcydzieła zostały wystawione w Genewie w ramach
3 miesięcznej ekspozycji… do 31 sierpnia 1939 roku włącznie.

Tymczasem Niemcy przeprowadzają
prowokację w Gliwicach a po ataku na Westerplatte 1 września 1939 roku
rozpoczyna się II wojna światowa, w której Hiszpanie osłabieni wojną domową nie
mają brać udziału. Anglia i Francja wypowiadają Niemcom wojnę, Francja ogłasza
powszechną mobilizację. Tylko dzięki osobistym
kontaktom dyrektorów największych muzeów udaje się załatwić eksterytorialny,
szczelnie zamknięty pociąg, w którym hiszpańskie skrzynie mają powrócić do
kraju. Ekspedycja wyrusza w drogę. Po niewielu kilometrach cudem udaje się
uniknąć katastrofy kolejowej. Skrzynie są zbyt wielkie, aby przejechać przez
niektóre szwajcarskie tunele! Przepakowane skarby bezpiecznie docierają do
Madrytu w nienaruszonym stanie. Był to ponoć najbardziej wartościowy,
jednorazowy transport w historii ludzkości.
Żadne z wędrujących 3 lata dzieł sztuki nie zginęło. Wszystkie dotarły
do Madrytu doskonale skatalogowane i w takim samym stanie jak 3 lata wcześniej
z niego wyjechały.
Do 2003 w muzeum Prado nie była umieszczona nawet wzmianka o
sztabie malarzy, konserwatorów sztuki, maszynistek, archiwistek, tragarzy,
kierowców itd. itd. którzy uratowali jego zbiory.

Niesamowicie ciekawy dokument. Aż mi ciarki chodzą po plecach.To jest zupełnie inna historia,
tego samego kontynentu, której właściwie nie znamy….

Ekspozycja w Prado jest naprawdę imponująca.

Nie lubię chodzić późno spać,
jest 2:02 rano, ale nie chciałam zapomnieć o czymś ważnym.

SNY

Mam teraz sporo czasu, więc dużo
śpię. Śnią mi się jakieś zupełnie szalone rzeczy na temat wszystkiego, z
których
rano powoli wybudzam się, jeszcze przed budzikiem.

Zanim otworzę oczy, ciągle w
pół-śnie wyobrażam sobie miejsce gdzie się obudzę i… jeszcze nigdy nie „obudziłam
się” w Sewilli. Najczęściej budzę się u Dziadków, w starym mieszkaniu w
Sosnowcu (czyli jak miałam nie więcej niż 9 lat, bo potem się przeprowadzili),
często w Pradze, czasem u rodziców, raz nawet w nowym domu u Siostry, ale tutaj
jeszcze nie. Ciekawa jestem jak by to wytłumaczyli specjaliści:)

Ponadto poznaję od nowa życie studenta. A student ma co? Czekać, bo ma
dużo czasu. Wczoraj czekałam na gościa pół dnia, dzisiaj rano byłam o 10:00 i
już wiem, jak wygląda, ale mam przyjść o 12:00 to będzie miał czas. No to
fajnie. Ciekawa jestem co z tego wyniknie.

ZIMNO MI…

Cały dzień (no 5 godzin tylko) spędziłam na czekaniu na
jakiegoś profesora – o imieniu Miranda, który w końcu nie przyszedł, po co, skoro miał? Najpierw obeszłam pół miasta a następnie czekałam
otulona w polar i płaszcz i szalik i rękawiczki, ale jak się okazało to za
mało. Chyba się przemroziłam. No to się uśmiałaś/eś, co? Polak potrafi,
zwłaszcza Agradabla:)

Jak przychodzi mi do głowy pytanie: po cholerę ja tu
przyjechałam? (a przychodzi nie częściej niż raz na pół godziny:) staram się
tłumaczyć sobie, że to ma głęboki sens, który na pewno wkrótce zrozumiem.

No i cały czas boję się wróżby A.D., że nie pamiętam dokładnie
w maju czy czerwcu ma się stać coś….… wielkie zmiany, jak ona to mówi. Ja to
sobie zawsze znajdę podwód do bania:)

Poza tym mam się dobrze! Plan nadal się nie dotworzył:) Ta informatyka co chciałam to ponoć głównie Office, IE itp ciężkie sprawy;)… chyba powinnam sobie darować.
Zaraz

chyba rzucę się do łósia, bo rano znów mam zacząć czekać… a do tego czasu
wolałabym już znowu być nówką. No dobra, w łóżku poczytam Manolita.

PLAN ZAJĘĆ – WARIANT NR 5

Tak mnie ręka świerzbi żeby wywalić jakąś geografię…. To zarządzanie
mnie interesuje jakieś 1000 razy bardziej… ale sama nie wiem 😦 pochodzę
pierwszy tydzień na samą geografię i psychologie i zdecyduję co wywalić. Że też
ta ekonomia musi się tak nisko cenić ….

Cierpienia młodego Wertera nr. 5

PONIEDZIAŁEK
10-11 Geografia regionalna Europy (6)
12-13 Geografia regionalna Europy

WTOREK
8-9 Geografia usług (6)
10-11 Geografia regionalna Europy
12:30 – 14:30 Zarządzanie jakością w turystyce (4,5)
15:30 – 17:30 Psychologia
zasobów ludzkich (4,5)

17:30 -19:30 Psychologia zasobów
ludzkich

ŚRODA
8-9 Geografia usług
11:30 – 13:30 Zarządzanie jakością w turystyce
Albo Programy informatyczne w geografii (11-13) (6)

18-20 Geografia polityczna (6)

CZWARTEK
8-9 Geografia usług
11-13 Programy informatyczne w geografii
13-14:30 Antropologia religii

18- 20 Geografia polityczna

PIĄTEK
13-14 Antropologia religii

potencjalnie do wywalenia lub wymiany.
Jeszcze tak zupełnie nie poddałam się z kobyłą… ale nawet jak się tłumaczy te tematy to widać, że nudy. Bueee, co za pomysł studiować geografie?:)))