WITAJ SZKOLO!


Po ponad 3 tygodniach "obijania" (Semana Santa, odwiedziny w domu, Feria de Abril) wrocilam do szkoly. Zajecia od 10:00, trzeba sie zwlec o 8:30, co przy trybie zycia z pojsciem spac ok. 2-3 nad ranem nie jest znowu takie proste. No wiec przyszlam, nie tylko ja, a gosciu tylko obwiescil, ze dzisiaj nie ma czasu a w zwiazku z tym zajecia sa odwolane. Czy to nie sympatyczne?
I tak kulam sie od 10 czekajac na nastepne zajecia o 13. Ale 40 minut isc, zeby dotrzec do swojego komputera?

Caly poprzedni tydzien spedzilam na pisaniu "pracek" wszelakich, zebym dzisiaj po szkole mogla zaczac spokojnie pracowac w mojej nowej firmie, wiec teraz mam wyrzuty sumienia jesli robie cos niekoniecznie uzytecznego. Byla wiec godzina "konwersacji", godzina w bibliotece – poszukiwanie materialow do ostatniej pracy, ktorej ciezki oddech czuje na plecach, bo jesli bedzie dobra uwolni mnie od zdawania jednego egzaminu, no a teraz, przyznaje, juz sie obijam.

Przeczytalam wiesci od AW i mysle sobie, ze te moje wycieczki to pestka w porownaniu do takich Indii czy podobnych. Ale moze, pewnego dnia…Mam nadzieje, ze AW cale wakacje bedzie miala tak udane jak ten pierwszy tydzien. Solidnie sobie na to zapracowala!

Czas leci szybciutko. Jeszcze 2 miesiace i tydzien i znowu bede w Pradze. Bardzo fajnie i nie fajnie … ¿co se da delat?:)

CAŁA EUROPA OGLĄDA TO SAMO

Do
tego, że w TV w Pradze leci to samo co w Bytomiu już się przyzwyczaiłam. Doszłam
do wniosku, że żeby taniej, regionalnie kupują razem.

Ale
żeby CAŁA Europa? Pretty Woman leciała w Hiszpanii i w Polsce  tego samego
dnia. Ok., klasyka, mógł to być przypadek. Teraz włączyłam okienko a tam ten
sam film, który przed tygodniem widziałam w Pradze… To już jest przegięcie!!! To
się chyba nazywa GLOBALIZACJA.

PRZYJAŹŃ

Już
tysiąc razy zastanawiałam się nad tym dlaczego jacyś ludzie, którzy są dla mnie
ważni zgubili się nagle jakoś w zawierusze dziejów. Byli przyjaciółmi, gdzieś tam
w głowie ciągle jeszcze są, ale ich nie ma.  Nie było już długo żadnych zmian w stanie
moich przyjaciół, ale tak mi przeleciała myśl przez głowę, z okazji niedzieli
chyba.

W
Czechach często słyszę: „ przyjaciół nie wybierasz”, no fakt czasem jestem
zaskoczona jak bardzo nie pasują do siebie Ci, których lubię najbardziej, a
mnie to nie przeszkadza wcale a wcale.

Tylko
szkoda tych paru osób, które były a nie ma. Czasem zmieniłam się ja, czasem
oni. Zawsze szkoda 😦

NA TALERZU – ISLAM*

Właśnie
wróciłam ze spotkania z muzułmanami i oto odpowiedzi jakie otrzymałam na nurtujące
nas pytania:

  1. co z tymi homoseksualistami?
    Zabiją ich od razu czy dopiero za chwilę?
    Odpowiedzieli, że w Islamie sex
    nie jest kwestią tabu, ale nie też nikt się nie obnosi ze swoimi
    preferencjami. Po dłuższym naciskaniu stwierdzili nawet, że mężczyzna mógłby
    dziedziczyć po swoim „przyjacielu”. Oczywiście zgodnie z zasadami Koranu,
    czyli do 1/3 wysokości jego majątku. Kudłaty i Łysy pewnie będą wiedzieli
    coś więcej… ja w tej sprawie jestem tylko posłańcem. Być może łżą,
    pogańskie psy;)
  2. co z tym
    gościem, którego chcieli zabić w Afganistanie w związku z planowanym
    przejściem na chrześcijanizm?
    Na to pytanie odpowiedzieli tydzień temu Koleżance
    Czeszce, że się tego poniekąd wstydzą. Problem, ponoć, tkwi w tym, że
    Afganistańczycy odbierają katolicyzm jako religię „przywiezioną” przez
    Amerykanów. A wszystko co amerykańskie jest z gruntu rzeczy złe i dlatego
    chcieli go ukatrupić. Cóż, nie czuję palącej potrzeby zabijania
    kogokolwiek z jakichkolwiek względów, ale może w warunkach tamtejszej
    biedy, wzmożonej było nie było w wyniku wojny o surowce… myśli się inaczej…

Samo spotkanie było o tyle interesujące, że odbywało się
w meczecie, gdzie biernie uczestniczyłyśmy w DIKRZE – czyli czymś co na pierwszy
(i drugi) rzut oka wygląda jak modlitwa lub medytacja, ale ponoć nią nie jest. Ta
trwała tak z 15 -20 minut (moje myśli powoli zaczęły szybować w poniekąd innych
od zamierzonych kierunków) i składała się z recytacji o następującym znaczeniu:
1. umieranie 2. Allah – jako wszystko i nic, Bóg i jedność niemożliwa do
wyobrażenia 3. dwie ostatnie sury (części Koranu) złamanie, zakończenie i
rozpoczęcie czegoś nowego 4. o tym co znaczy być muzułmaninem 5. inwokacja do
Proroka oznaczająca oczyszczenie 6. negacja jakiejkolwiek władzy, za wyjątkiem
Allaha 7. Allah – jako wszystko i nic, Bóg i jedność niemożliwa do wyobrażenia.

Oczywiście wszystko po arabsku, tylko nam opowiedzieli co się działo.

     Ta
DIKRA ma znaczenie oczyszczające. Ale jest wiele innych. Powinno się coś
takiego praktykować co najmniej raz w tygodniu, najlepiej w czwartek (???).

* disclaimer: to tylko relacja. Nie strzelać do pianisty!

FERIA DE ABRIL – po raz ostatni (?)

Jestem śpiąca,
bo trochę wczoraj zaszalałyśmy. W każdym razie jak na mój spokojny tryb życia.

Ubierały
nas i czesały: Regina, jej siostra i portierka. Obie wyglądałyśmy ładnie. Były
wielkie koki, długie kolczyki i kwiaty we włosach.  Sukienka Koleżanki Czeszki nie była zupełnie flamenco,
ale za to prosta, więc wyglądała bosko. W nocy zrobiłam jej jeszcze zdjęcia w „mojej”
nieomal jak z „Wielkiego, greckiego wesela”, więc wszystko ok.

Ja też
zwykle chodzę w spodniach, ale skoro tu taki folklor, to trzeba było zaszaleć…

Jak
Feria wygląda od strony technicznej? W Sevilli jest specjalny park a w nim na
czas Feria de Abril ustawia się mnóstwo namiotów – caset (setki). Przed wejściem
do 90% z nich stoi strażnik, dlatego można wejść tylko jeśli ma się wejściówkę,
albo znajomego w środku.

W
naszym wypadku obowiązywał wariant: znajomy w środku. Hiszpan, którego znamy z
medytacji (czego się nie robi, żeby pogadać po hiszpańsku), zaprosił nas do
swojej „casety” a potem również do „caset” znajomych. W każdym namiocie gra
muzyka, najczęściej flamenco, większość kobiet nosi stylowe suknie. A moja
rzeczywiście była wyjątkowa… bo te nowoczesne są zazwyczaj z włókien sztucznych
(sprawdziłam organoleptycznie), no ale tez ma ze 20 lat i wagę 🙂

Do tego
wszyscy w wieku od 4 do 140 lat tańczą „sevillanas”. Bardzo ładnie tańczą.

W
chwili obecnej suknia suszy się za oknem, dodatki posprzątane, a ja staram się
napisać jakieś cudo na temat Sieci Parków Narodowych w Hiszpanii. Muszę
skończyć do poniedziałku, a potem poza praca i szkołą zostanie mi tylko duża
praca z historii sztuki i jakieś drobnostki.

Wszystko
jest w najlepszym porządku, martwi mnie tylko to, że jakoś tak spodziewałam, że
będę się szybciej uczyć języka, a tu niby wszystko rozumiem, ale zasób słów „aktywnych”
jest nadal stosunkowo ograniczony. Bee Agradabla, beee!

BAJKI O SUKNI CIĄG DALSZY…

Suknia
waży tonę. Wczoraj prasowałam jakąś godzinę i mam wyprasowane rękawy, korpus i
z dwie dolne falbanki. Więcej nie mogłam, bo nie miałam siły
trzymać jej dłużej przewieszonej przez ramię.
Teraz
siestudia ( to co obiecałam, że zrobię dzisiaj do szkoły mam już za sobą więc
idę się na 40 min polenić) i znowu do żelazka!

Byłam
się wczoraj rozejrzeć jak wygląda przeciętnie ubrana Hiszpanka podczas Ferii.
A więc:
inaczej i pięknie. Podziwiam za odwagę. Nie wiem jak ja dziś wyjdę z domu!
Oczywiście będę miała wrażenie, że „cały świat” kula się na mój widok, ale to
tylko wrażenie bo takich jak ja będą tysiące. Szkoda, że noszę okulary, bez to
już cyganicha wypisz wymaluj.

Jeśli
przyjdzie Regina będzie wielki kok, jeśli będę robić sama cudów nie wymyślę,
ale będę się starać.

Sukienka
jest na mnie oczywiście "troszeczkę" za duża, ale pod chusta nie widać (aż tak
bardzo) więc powinno być ok. Przede wszystkim jest stara, więc absolutnie niepowtarzalna.
Te nowe są już na pierwszy rzut oka dużo lżejsze. Ja muszę trzymać dół w dwóch
rękach, żeby nie za bardzo zamiatała podłogę, w jednej bym nie utrzymała.
Falbanek jest zaledwie 12 (liczyłam), ale każda haftowana + ma ogromny obwód,
dlatego ta waga. Te nowoczesne są kolorowe (często czerwone w białe kropki),
ale nie tak „porządne”.
Nie
wiem czy pisałam, ale poza rękawami i dolną częścią korpus jest całkowicie
gładki. Już mi się chce śmiać na myśl o tych kwiatach we włosach!

Musimy
też coś wymyślić dla Koleżanki Czeszki. Ale korali, kolczyków, szminek, kwiatów
mam tyle, że i ona będzie „piękna“ 🙂 Widzę, że aż jej się oczy świecą… Regina
obiecała, że jeśli do wieczora wygrzebie drugą, większą suknie to przyniesie i dla niej. Problem w tym, że Regina ma/miała rozmiar tak 36-38, ja mam 36 a Koleżanka Czeszka ok. 38 – 40… i jest wysportowana i bardzo zgrabna, ale może po prostu nie wejść do małej…było nie było… sukienki …:(

Wachlarz
idzie mi dobrze. Powiem więcej, bardzo mi się podoba malowanie. Regina była
trochę zaskoczona, że potrafię mieszać kolory itd… a ja przecież mówiłam o
Dziadku Adamie. Gdzie mi do niego… ale pędzel już w ręku parę razy trzymałam 🙂
Jakoże nie dało się mnie sklasyfikować stwierdziły z siostrą, że „to, że
nie kopiuje a wymyślam, jest efektem częstych podróży, które poszerzają horyzonty“. No,
jak ksiądz uważa…
Idę posjestować a następnie na pole… do falbanek!!!

BIAŁA SUKNIA Z TRENEM

…suszy
się w moim pokoju. Biała jak śnieg, pełna falban i ozdób i muszę ją wyprasować
dzisiaj, bo wyschnie za bardzo i znów będę musiała ją uprać (tak tak, stare
suknie są tak porządne, że można je uprać w pralce!)

Regina
zdecydowała, że zrobi ze mnie Hiszpankę. Co w moim wydaniu wygląda jak cyganka,
ale tutaj to żadna nowość. Jest Feria de Abril, a ja przecież muszę iść
odpowiednio ubrana!

Mam
tysiąc wsuwek do robienia wielkiiiieeeego koka, niebieskie i różowe kwiaty do wpięcia
do włosów, niebieską chustę z frędzlami prawie do ziemi, buty na obcasie,
bransoletki, korale, długie kolczyki. Szminkę i inne malowidła przyniesie
jutro, bo przecież inaczej nie mogę!

Cała
ja. Sevilla 2006 – Feria de Abril.

Zaczęłam
też malować własny wachlarz… jak twierdzi Regina, pewne rzeczy po prostu trzeba
w życiu zrobić. Tak, proszę Pani. Skoro już
tu jestem…

PRODUKCJA WRE…

W tym
tygodniu muszę wyprodukować kilka „pracek” do szkoły, żebym w przyszłym mogła,
poza szkoła, zacząć zajmować się pracą. Tak więc dzisiaj produkowałam opisy
filmów. Sama siebie zaskakuje pomysłowością w kwestii wykorzystania Internetu w
celach niecnych. No bo niby jak ja mam opisać kwestie politycznej poprawności w
"Full Monthy" albo płaczu i zgrzytania zębami w Polsce lat 80 w "Dekalogu" Kieślowskiego
jeśli nie z pomocą skarbnicy wiedzy wszelakiej p.t. Internet w wersji jedynej właściwej –
hiszpańskiej?

Najtrudniejsze
jest wbrew pozorom uproszczenie opisów do takiej formy, żeby przy odrobinie
dobrych chęci profesor uwierzył, że to napisałam ja. Bo ja te recenzje czy
opisy filmów doskonale rozumiem, ale żeby tak przepięknie, artystycznym
językiem napisać po hiszpańsku, to jeszcze (niestety) długo nie, więc walczę ze
sobą skracając i upraszczając każde zdanie. W sumie dobra zabawa. Filmy już mam
z głowy więc jeśli nie przyjdzie Regina – właścicielka mieszkania, z suknia do flamenco
do przymiarki, to zacznę jeszcze tworzyć recenzję ustawy o ochronie
krajobrazów. Tto juz SIAMA niestety.

Zapomniałam
napisać, że w tym tygodniu mam wakacje? Mam. Feria de Abril. Uczeń nie powinien
się przemęczać! Gdybym była Hiszpanką i studiowała tutaj, tak po prostu, bez
bariery językowej, to bym tak z 5 fakultetów skończyła. W jednym terminie. U nas
jakieś takie panuje przekonanie, że student po studiach powinien coś umieć. Czy
ja wiem, czy to takie znowu konieczne?

Dobra,
przestaje odwalać mądralińska, idę męczyć „Convenio Europeo del Paisaje”

ZNOWU NA KOŃCU ŚWIATA

Tym
razem tylko 15 h i jestem na miejscu. Zmęczona dosyć, ale nie umierająco. Samolot…hmm.

No
miałam odlecieć wczoraj, ale cytuje „SmartWings sprzedał miejsca w samolocie w
którym nie miał zarezerwowanych miejsc i proponują mi odlot innym za 4,5h „
, no
bajer, tyle, że poza czekaniem, przepadł mi bilet na autobus i drobnostka
musiałabym chyba spać na lotnisku w Madrycie w oczekiwaniu na pierwszy autobus do Sevilli.
Nie byłam przesadnie miła dla Pani supervisor, tak mało przesadnie, że mi
obiecała, że dziś polecę nawet gdyby miała wywalić kogoś kto zarezerwował
właśnie ten lot.

Bo Pan
Boski wpadł na to, że mogę lecieć dzisiaj. No i poleciałam. SmartWings uważa,
że ma problem z głowy, my mamy wrażenie, że dyrektywy Unii Europejskiej nakładają na nich obowiązek wypłacenia mi 400
EUR. Będzie zabawa, zobaczymy kto ma rację. Oni to jednak mają poczucie humoru. Dobrze,
że jechałąm z drugiego końca Pragi, a co gdybym jechała z Ostrawy albo Kłodzka?

Ten
dzisiejszy lot spóźnił się zaledwie 40 minut więc cudem, o 15:49 wpadłam na dworzec "Sur",
w 3 bankomacie udało mi się wypłacić kasę na nowy bilet, znaleźć okienko
odpowiedniej firmy, odstać w kolejce, kupić bilet, polecieć do kibelka i o
16:00 odjechać. Speedy Gonzales. To wszystko z 17 kg plecakiem na plecach +
małym plecakiem w ręku. Speedy Gonzales – Kulturysta.

Podczas
6h jazdy autobusem przestało mi się nawet chcieć spać, więc oglądałam okolicę.
Pan Boski ma rację, ta Hiszpania z okien autobusu, naprawdę nie jest powalająca.
A Andaluzja z pewnością najciekawsza. Nie mówiąc o przepięknej Sevilli. Więc
mam szczęście.

I dużo
pracy. Nie mam pojęcia jak ja sobie teraz poradzę, ze szkołą, 5 egzaminami za
chwilę no i pracą, teraz na pół etatu, ale jednak. Żeby tylko Internet działał, bo bez
niego to serio będzie bardzo trudno.

Tak
więc znowu jestem na końcu świata, czuję jak pachną pomarańcze a za chwilę idę
spać. W tym tygodniu muszę zrobić duuużo rzeczy do szkoły, żeby od maja
wyrabiać się z pracą.

W
Bytomiu, Skrbie i Pradze było bardzo fajnie. Choć czuję, że jak wrócę będzie mnie kosztowało
trochę czasu i wysiłku nawiązanie relacji z tymi z którymi jednak się trochę rozluźniły. Ale
to są naturalne koszty fanaberii wyjazdowych.  Są ludzie, których mogę nie widzieć miesiącami a nie zmienia się nic, może to kwestia czasu spedzonego razem?

Co do Pana
Boskiego, to był (poza falstartem) naprawdę Boski, chyba mi chłopak dorasta. A
nawet gdyby nie, to było bardzo przyjemnie. Należy się cieszyć każdym dniem, prawda?

Wróciłam. Teraz
już będę, mam nadzieję, że będę też bardziej obowiązkowa w pisaniu… jeśli mnie jeszcze ktoś
czyta:) A jeśli nie, to dla siebie. W pewnym momencie to bardzo potrzebne, żeby uporządkować myśli.

P.S.
 Mam takiego jednego, zupełnie małego chłopca, którego czeka bardzo poważna operacja serca, dodaj mu sił dobrą myślą jakbyś miał/a czas.

SEMANA SANTA W SEVILLI

Katolicyzm ludowy objawia się
swoistą żywiołowością, ornamentyką i własną formą religijności. Nie należy
od do grupy negatywnych form wyznawania wiary — ma on wyłącznie swoistą formę (..)“

cytat z katolickiego serwisu www.

Ostatnio
dużo słyszałam, że w Polsce mamy do czynienia właśnie z katolicyzmem ludowym.
No pewnie i mamy. Ale tutaj w Andaluzji mamy bardziej. Zwłaszcza teraz, w
okresie Semana Santa.

Zacznę
od wczoraj. Więc…stroję sobie wczoraj w środku dnia, przy portierni w moim
domu i jak zwykle rozmawiam z Mercedes (pani woźna, że się tak wyrażę) o
życiu, zakupach itd, jak to z woźną…a tu otwierają się drzwi z windy i
wychodzi gość w habicie. Grzecznie się nam kłania  po czym nakłada na głowę
szpiczastą, chyba z metrową czapę rodem z KU-KLUX-KLANU, z dziurami
na oczy. Macha i wychodzi.

Normalka.
Procesja, w intencji Jezusa Chrystusa Opiekuna W Chorobie.

Od
poniedziałku chodzę po ulicach i czatuje z aparatem na przechodzące
procesje. Pod Katedrą widziałam tylko dwie: wersja biały KU-KLUX-KLAN i czarny
KU-KLUX-KLAN. Dopiero tam zrozumiałam znaczenie słowa tłum. Dreptałyśmy z Koleżanką
Czeszką a obok nas Pani szeptała pod nosem: „idę jak żółw, ale idę…. tak jak żółw,
powoli, ale idę… jak żółw idę.. “ itd. My też jak żółwie i dlatego teraz
czatujemy w innych miejscach.

Zanim
człowiek wyjdzie z domu, musi sprawdzić którędy dzisiaj będą przechodziły
procesje. Bo jak źle trafi, to ulica zamknięta a procesja idzie, oj idzie… jak
za starych, dobrych czasów w Częstochowie!
Widziałam
już pątników, bo chyba tak ich należy nazwać w habitach bordowych, bordowo – białych,
czarnych, białych; z krzyżami, ze świecami i z niczym.
Od
niedzieli, a właściwie to już od zeszłej niedzieli, Sevilla żyje Świętym
Tygodniem. Policja dyryguje ruchem w mieście, większość głównych ulic zamyka się
i otwiera w rytm przechodzących tłumów, nie mówi się o niczym innym.

Procesje
są przepiękne. Najpierw idzie orkiestra i systematycznie wybija żałobny rytm,
za nią pierwsza grupa pątników, najczęściej ze świecami. Potem wielka platforma
z Jezusem (każdy Kościół stara się mieć najpiękniejszą).
Platforma
jest zwykle ogromna, ciężka i bardzo strojna, dlatego niesie ją ok. 40-50 osób,
które pochylone drepcząc powoli, suną do przodu. Najwięcej powietrza jest po
bokach platformy, dlatego co jakiś czas jest stawiana na ziemi a niosący
zmieniają pozycje. Prowadzący pątnik dyryguje platformą wybijając takt wielką
laską (przepraszam za terminologie, ale znam tylko po hiszpańsku, więc
wymyślam). Po niej idzie druga orkiestra a za nią rzesze pątników niosących
krzyże. Są staży lub młodzi, mali lub
wielcy. Jest ich bardzo dużo. Wszyscy starają się zachować powagę. Ale czasem
widać jakąś mamę, która wachluje małego synka i wciska mu bułę pod wielką
czapę. Albo starszego jegomościa, który już nie może, więc wypija wodę i idzie
dalej…
Czasem jest również druga platforma, podobnych rozmiarów z Marią Panna.

Dookoła rzesze gapiów, turystów i babć. Niektórzy coś pokazują palcami,
inni płaczą. Atmosfera jest pomieszaniem ciekawości z żałobą.

W
Castilla Leon mówi się, że w Andaluzji Semana Santa to wesołe święto. Ale z
bliska wcale tak wesoło nie wygląda, chociaż niezwykle imponująco.

Katolicyzm
przybiera tutaj swoistą formę. Bardzo swoistą. Inną niż wszystkie inne.


P.S.
Wieczorem
rozpoczynam teleportację na Świeta do Polski, muszę pamiętać o konieczności sprawdzenia
trasy!!!