ROZRYWAM SIĘ

…właśnie.

Skończyłam
pisać recenzje artykułu o procesach wróżek w Andaluzji w latach 1550-1700 (tylko
mi tu nie mylić wróżek z czarownicami!) a teraz się rozrywam w Internecie. Innymi
słowy robię wszystko, żeby nie zacząć czytać kolejnego rozdziału powalająco
interesującej powieści „Odblask”, która jest moją lekturą obowiązkową na
hiszpański. Jest TAK NUDNA, że nie życzę najgorszemu wrogowi. Czytanie o
wyczynach Świętego Oficjum to chodzenie po łące kwiatami pachnącej w porównaniu
do tej obowiązkowej miernoty. A w zasadzie powinnam się nauczyć się jej na
pamięć, bo dali nam zestaw możliwych pytań. Cytuję: „Jakie relacje seksualne
utrzymywał Alonso?” „Co czuł w momencie, kiedy skończył pisać pierwszą powieść?”
„Ile dzieci miał Pablo?” „ A gdzie pracował?” „ A co robiła jego matka?” . A CO
MNIE TO???? Rozdział ma 7-20 stron, a pytań tego typu jest np. 20. Rozdziałów (o
zgrozo) dwanaście.

Do tego
skończył się gaz (tu jest z butli), więc jem same słodkie rzeczy, za którymi,
jak wiadomo, przepadam umiarkowanie.

Dobra,
strzępy idą przespać się z 15 minut, żeby nabrać sił do czytania tego
arcydzieła. Aby rozwiać wątpliwości, musimy czytać ten majstersztyk literatury hiszpańskiej, bo radosnym twórcą
był jakiś „pedagog” z wydziału. Rozumiem, że chcą koledze pomóc, ale, żeby chociaż
pisał ciekawie!

WCZORAJ BYŁO O BICIU

Moim
zaprzyjaźnieni Muzułmanie powiedzieli, że muszę przychodzić na spotkania, bo
zwiększam frekwencję:), wszyscy chcą słyszeć moje pytania no i przede wszystkim
odpowiedzi. Standard, ludzie się boją zadać jakieś pytanie, a ja nie wiem, że
akurat jest czas na banie, więc walę. A oni na nie naprawdę, cierpliwie
odpowiadają a odpowiedzi zwykle mają ręce i nogi.

Wczoraj
była druga część wykładu o roli Kobiet w kulturze Islamu. Powiem szczerze, im
więcej wiem o Islamie, tym bardziej rozumiem sposób ich zachowania, reakcje i
nieco lepiej sytuacje w krajach arabskich.

Już się
cieszę na następny piątek, będzie o terroryzmie.

Apropos
bicia. Wzięło się (ponoć) w Koranie stąd, że za czasów Mahometa przemoc domowa
była na porządku dziennym, więc zakazał bycia kobiet, a te, w odwecie, prały
mężów, no więc i oni dostali prawo je bić, ale „tak, aby nie zrobić im krzywdy”.
Oczywiście zwróciłam uwagę, że jeśli ja, w złości, zbije z całej siły Pana
Boskiego, to się może zaśmieje, a jeśli on uderzyłby mnie z całej siły, to
tylko raz… nie ma w zwyczaju bić trupa. I o dziwo przyznali mi rację.

Nie
jestem w stanie stwierdzić ile w tym jest prawdy, ale ponoć na przykład w
Jordanii czy w Maroku, właśnie w związku z tym zastrzeżeniem „aby nie zrobić im
krzywdy”, naprawdę kobiet się nie bije, a nawet szturchnięcie uważane jest za
spore społeczne przewinienie.

Tym
razem udało się nam dostojnie przeżyć recytację Koranu. Oj! trzeba się przyzwyczaić,
żeby ucho się nie uśmiechało na sam dźwięk. Dostałyśmy z Koleżanką Czeszką
nagrany fragment świętej księgi, dotyczący śmierci, ponoć wymowa jest taka, że
ma się wrażenie, że recytujący znajduje się w stanie agonii. Jestem bardzo ciekawa.
Jak zwykle Koran nosiła Koleżanka Czeszka. Trudno w to uwierzyć, ale ostatnio
jak miałam w plecaku nagranie innego fragmentu, to strasznie źle się z tym czułam, brr ten
katolicyzm jest we mnie do szpiku kości.

MACROBOTELLÓN W SEVILLI

Już się
zaczął! Dzisiaj o 12:00 w okolicach Cartuchy (starej fabryki ceramiki)! To co,
idziemy?

„Będziemy"
pobijać rekord, a to oznacza ładnych parę
tysięcy (dziesiąt?) ludzi! Każde hiszpańskie miasto chce być najlepsze, dotychczasowy
rekord to chyba 70 000 twarzy.

Młodsze
pokolenie się cieszy, starsze z nadzieją patrzy w chmury ¡Ojala llueva! – Żeby tylko
padało! (ojejej, zanosi się na deszcz)

No, na
razie nie pada, a cały Uniwersytet aż szumi!

Tylko
co to jest botellón?

Otóż,
jest to taki specyficzny rodzaj gminnej popijawy. Każdy przynosi różne rodzaje
alkoholu, w ilościach jakie potrafi unieść, wszyscy zbierają się w jakimś
umówionym (przez Internet, telefon, plakaty) miejscu i… chleją. Tyle, że nie
"każdy pije swoje", tylko to, co akurat wpadnie mu do ręki. Dobrze, że pije się
alkohole, bo cała zabawa, zwłaszcza w kilku (dziesięciu) tysięcznym gronie jest
umiarkowanie higieniczna. Wlewasz łyka i podajesz dalej. I tak do upadłego. Do
tego jakaś amfa czy co tam się nawinie, ale to już nie obowiązkowo. Czyli
zabawa „akurat” dla mnie:) Koleżanka Czeszka idzie zobaczyć co się tam dzieje,
ciekawe czy dotrze na 20:30 na „Alllllla”, czyli nasze cotygodniowe spotkanie z
jedyną słuszną wiarą?
Pardon, oddalam się na siestę, czas nagli 🙂

LETNIA BURZA W ZIMIE

Niebo
się gniewa,


obłoki nadbiegają tłumnie!


Szczęśliwe drzewa!


Będą się mogły wyszumieć.

[M. Pawlikowska
– Jasnorzewska]

Zbliża
się deszcz…a to oznacza, że w najbliższej przyszłości (na przykład jutro lub
dziś, lub nie wiem jak długo, ponieważ to zależy od…???) mogę mieć kłopoty z podłączeniem
do Internetu. Taką zauważyłam prawidłowość:)

UNIVERSIDAD DE SEVILLA

Próbowałam
znaleźć jakieś zdjęcie Uniwersytetu, ale niestety wszystkie były
strasznie historyczne. Trzeba będzie poczekać na Państwa M.(z aparatem cyfrowym, jak sądzę), którzy
wkrótce przyjadą
mnie odwiedzić. Hurrraaa!

Uniwersytet
Sewilski jest przepiękny. Wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać szanujący
się uniwersytet. A ten szanuje się już od 501 lat. Wybierając przedmioty
zdecydowałam się jednak na te geograficzne + trochę historii sztuki i
antropologii, właśnie ze względu na klimat starej budowli. Nowoczesne nauki,
takie jak ekonomia czy psychologia, mają nowoczesny budynek, a to nie to samo!

Przed
wejściem do rektoratu buduje się stacja metra, dlatego nie jest pięknie, ale po
przejściu przez kutą bramę uczelni zaczyna się inny świat, gdzie czas się zatrzymał, a dzwon niezmiennie, od wieków wymierza rytm dnia.

Jest
tutaj wydział Prawa, Geografii i Historii, Antropologii i Języków obcych. Każdy ma
swoje patio, wokół którego toczy się życie… czyli zajęcia i inne zajęcia. Wszystkie części
budowli połączone są systemem skomplikowanych przejść i marmurowych schodów,
także poruszanie się po budynku, przynajmniej w pierwszych dniach, to nielada
sztuka. A to, że ma się mapę każdego piętra zupełnie nie przeszkadza, bo stopień
komplikacji systemu jest tak abstrakcyjny, że kiedyś z mapą szukałyśmy zajęć
pół godziny na jedym piętrze! (przypominam, że kilka sal może mieć takie samo oznaczenie, w zależności od wydziału do którego należą. A tego nie wie nikt… na początku:) Każdy wydział ma różne biblioteki i biblioteczki,
także student, zanim zrozumie system, ma wrażenie całkowitego mętliku. Do tego
dochodzi sala podręczników, oraz czytelnia, dwa zupełnie odrębne organizmy. Wszystko
jest marmurowe, żeby przeżyć lato, kiedy temperatury osiągają 40 do 50 C. Na Sevillskim niebie
zazwyczaj nie można uświadczyć nawet jednej chmurki (piszę o zimie), dlatego generalnie wszyscy
mają dobry humor, a wykładowcy – nawet niesamowicie znani i starzy
profesorowie, każą do siebie mówić po imieniu. Co w Sevilli jakoś nie umniejsza ich
autorytetu.

Patrząc na sprawę obiektywnie, poziom nauki jest chyba jednak niższy niż
ten do którego jesteśmy przyzwyczajeni, ale za to bardziej praktyczny. Z drugiej strony…kto z
nas pamięta jakieś drobnostki z tej czy tamtej kobyły, którą przyszło nam
przeczytać na Uniwerku? Jest inaczej, dookoła rosną palmy i właśnie zaczął się sezon, kiedy dojrzałe pomarańcze spadają z drzew. Żyć nie umierać. Taką zimę i szkołę lubię! (o egzaminy będę się marwiła za 2 miesiące:)

W SZKOLE

Pierwszy
raz w życiu chciałam, żeby semestr trwał dłużej. Mam wrażenie, że czas ucieka
mi przez palce. Chciałabym nauczyć się więcej, nauczyć się szybciej.

Nie
jestem przyzwyczajona do bezsilności, do tego, że nie potrafię czytać,
przyswajać tak szybko jak bym chciała, a jak czytam jak ślimak to mnie to
nudzi. Widzę zmianę. Notatki z zajęć są
coraz staranniejsze, powoli widzę słowa, które miesiąc temu napisałam źle. Ale
czasu jest mało. I właściwie nie mam żadnych możliwości, żeby z kimś mówić. W
domu  jestem zazwyczaj sama, w szkole, słucham. Jasne, czasem się odezwę, ale
to są 2-3 zdania na dzień. Czas ucieka, semestr skończy się za 2,5 miesiąca,
potem sesja. Nawet nie chodzi o to, czy zdam egzaminy, ale bardzo chciałabym
się nauczyć więcej niż, mam wrażenie, zdołam. Jestem leniwa, niestety. A może
to normalne, że po 5-6 h zajęć dziennie,
kiedy muszę się skupić, żeby zdążyć zapisać wszystko po hiszpańsku, nie chce mi
się siąść do książek, zazwyczaj napisanych niezupełnie najłatwiejszym językiem?

Na
wykładach jest OK., nauczyłam się robić w miarę porządne notatki, nawet wtedy
kiedy Hiszpanie piszczą, że za szybko. Ale „literatura” jest jednak ciągle
trudna. A raczej nudna, czyli jak zwykle, ale w bardzo-nie-swoim języku czuje się
to intensywniej. Niby rozumiem słowa, ale nie chce mi się nad nimi skupić, żeby
zrozumieć zdania. Trochę marudzę, co? Wiem, że to, że jestem tutaj to wielka
szansa. Zdaję sobie sprawę, że we wrześniu nie za bardzo umiałam się przywitać
po hiszpańsku. Do tego jest pięknie. Słonce, co najmniej +25, ciekawe zajęcia,
fantastyczne miasto. Jest mi dobrze, tylko czuję się trochę uwiązana, tym, że
nie znam języka tak jak bym chciała. Do tego zbyt głupia, żeby zmusić się do
systematycznej pracy. Jestem książkowym przykładem ucznia o którym nauczyciele
mówią „zdolny, ale leniwy”. A to takie fajne chodzić do szkoły, która ma 501
lat, a godziny odmierza stary dzwon, który bimba co 15 minut. Doceniam to i
dziwie się swojej głupocie, ale mam trudności z jej ujarzmieniem 🙂

SIE DZIALO…

Dzisiajsza noc spedzilam na statku, w doborowym towarzystwie. Poza Siostra i Rodzicami byl na przyklad Leonid Kuczma, pare osob z Pragi, podstawowki i… terrorysci.

W statek uderzyly dwie torpedy, przy czym, ja za kazdym razem znajdowalam sie w bezpiecznej odleglosci, bo ostrzegla mnie Buniol – kolezanka z podstawowki, ktora do konca snu podejrzewalam o kontakty z ETA.

Statek poszedl w drobny mak, ale wszyscy, ktorzy mnie interesowali, szczesliwie sie uratowali, a reszta zbytnio sie nie przejmowalam. Zostalismy wywaleni do lasu… intensywnie zielonego i az pachnacego wczesnym latem. W owym lesie Leonid Kuczma zaproponowal mi prace w Ministerstwie Kultury, ktora przyjelam:)

A teraz przychodzi najlepsze – okazalo sie, ze mamy wlasnie Sylwestrowy wieczor. Rano mialo odbyc sie wesele J.S. z Pragi, na ktore nie bylam zaproszona, za to cala moja klasa z podstawowki owszem.

Po zjedzeniu 12 winogron (taki zwyczaj hiszpanski) rzucil sie na mnie… kolega z Zalogi Jungow (harcerze wodni mlodsi) i zaczal mnie namietnie calowac… a ja sie specjalnie nie bronilam:))

Cala sprawa jest o tyle zabawna, ze nie pamietam jak sie ten czlowiek nazywa. Owszem widywalam go czesto, tak do 8 klasy podstawowki (jego 4 czy 5). Potem widzialam go tylko raz na studiach jak wykoleil sie tranwaj, ktory ku naszemu zaskoczeniu postanowil wjechac do Huty Kosciuszko w Chorzowie (zwykle jezdzi do Bytomia).

Mysle, ze teraz juz jest absolutnie jasne, ze z takimi szalonymi snami raczej na powazne decyzje przygotowana nie jestem :))

P.S.

Lece do domu, bo starym sposobem zapomnialam ksiazki z zadaniem domowym na hiszpanski a pani ma do nas podejscie jak do 3 latkow i "zloscila by sie":)))

DLACZEGO NIE WYCHODZE ZA MAZ?

Ostatnio, latka juz leca, ciagle slysze to pytanie, wiec postanowilam na nie "oficjalnie" odpowiedziec.

Nie wyszlam i nie wychodze za maz, przede wszystkim dlatego, ze nikt mnie nie poprosil o reke. Ostatnio. Bo tak na prawde, ktos mnie raz poprosil, ktos dla mnie niezwykle wazny. Ale wtedy nie moglam odpowiedziec inaczej, chcac byc uczciwa wobec niego i siebie.

A teraz, czyli od tamtego czasu, nikt juz mnie nigdy o reke nie poprosil. Wiec nie musialam odpowiedziec, przede wszystkim, samej sobie czy chce byc z tym czlowiekiem cale zycie.

Przy moim zagmatwaniu i krnabrnosci 3 stopnia to bedzie cholernie trudna odpowiedz.

Umiem ustalac taktyke, ale nie strategie. A malzenstwo to zdecydowanie strategiczna decyzja. Nie chce sie spieszyc, nie chce naciskac. Wole, zeby Szczescie zdecydowalo za mnie (ktos zna moze sposob jak mu pomoc, temu Szczesciu?)

Ciesze sie razem z tymi, ktorzy wokol mnie zdecydowali sie skoczyc na gleboka wode! I ciesze sie, ze ja jeszcze… dzisiaj … nie musze. Nie chcialabym, zeby w mojej decyzji byl choc cien kompromisu albo rezygnacji (choc pewnie w koncu bedzie:)). W dniu mojego slubu chce byc najszczesliwsza. ZDECYDOWANA. A jesli nie bedzie go wcale?(nie mowie, zebym tak chciala, ale kto wie)… Mysle, ze historia ludzkosci nie zapisze tego faktu czarnymi literami 🙂 Bede inna,  zawsze bylam. Zadna zmiana :)))

ITALICA

Okazało się, że Italica znajduje się zaledwie 9 km od
Sevilli. Bardzo piękne pozostałości starego, rzymskiego miasta z epoki Augusta.
Czyli fajne „patrimonio arqueológico” w zasięgu reki. Bilet powrotny całe 2,1
EUR, dla mieszkańców EU wstęp gratis.

Dzień był i jest bardzo piękny i ciepły, biegałam w
krótkim rękawku! Poza Koleżanka Czeszka i mną było jeszcze kilkoro Czechów i
Polaków. Ale po jakimś czasie im uciekłyśmy.

Wszyscy, poza nami to zdecydowanie najmądrzejsi na
świecie studenci różnych akademii ekonomicznych. Ale nic to, było chyba z + 30 C, przynajmniej to było ekstra. Trzeba używać życia zamim przyjdzie 50 C :)))

ZACZYNA SIĘ WIOSNA

Liczba zimniejszych dni zaczyna się zmniejszać, w nocy
mogę spać tylko pod 5 kocami (bez płaszcza i polara), a wieczorem mogę zostawić
otwarte okno, bo na zewnątrz temperatura jest podobna do tej w domu. To chyba
wiosna.
Choć tutaj wiosna zaczyna się dopiero wtedy jak już
absolutnie nie wychodzi się z domu w płaszczu lub kurtce, a ja jeszcze wychodzę.
Więc dopiero początek…

Oglądałam dzisiaj znowu film JUANA LA LOCA (wpis z 27.11) i znowu
mnie zachwycił. Poza tym jeszcze LUCIA Y EL SEXO – bardzo zagmatwany, tak
bardzo, że nie mogę z czystym sumieniem polecić.
Wieczorem czeka mnie DIRTY DANCING po hiszpańsku.
Film z 87’ a ja byłam na tym w KINIE. Koleżanka
Czeszka jak zwykle nabijała się, że jestem stara jak świat. No jestem, chyba.

Jutro wybieramy się do Italiki. Grupa opisywana jako:
CZ+PL+GE. Zobaczymy czy wytrzymam z nimi cały dzień, ale wycieczka powinna być
ciekawa.