Miałam kilka pomysłów na to o
czym będę dzisiaj pisała, ale jak to zwykle bywa zadziałała zasada „chcesz Pana
Boga rozśmieszyć, powiedź mu o swych planach”. Więc będę pisać o czymś innym niż
chciałam, konkretnie o wolności słowa. O wolności mówienia swojej prawdy.
Prawda często boli, czasem
bardziej tego kto ją mówi, czasem bardziej tego kto ją słyszy. Rzadko jest
obiektywna, bo przecież potrafimy patrzeć się na świat tylko własnymi oczyma.
Widzimy tylko to co chcemy widzieć, słyszymy tylko to co chcemy słyszeć. Czytamy
tylko to co nam odpowiada.
Podobnie bywa z interpretacją. A jak w grę wchodzi urażana duma lub kompleksy, to nasza prawda
staje się już zupełnie subiektywna. Dotyczy to nieomal nas wszystkich, trzeba
być wielką osobowością, albo wykazać niezwykłe opanowanie, żeby tego
subiektywizmu uniknąć. Mnie (niestety) udaje się to rzadko… choć się staram się
i chyba się jednak poprawiam (tu w oczywisty sposób przygotowuję miejsce do
ciosu, temu kto będzie chciał go zadać, ale takie jest życie).
Poza tym nie da się zadowolić
wszystkich, są i tacy, których zadowolić się nie da.
Czy z tego powodu powinniśmy z
tej subiektywnej prawdy, de facto z wypowiadania własnych opinii zrezygnować?
Oj,
spędziłam dzisiaj i nie tylko dzisiaj dużo czasu zastanawiając się nad
odpowiedzią.
Myślę, że każdy musi sam podjąć
decyzję, co zrobić. Są ludzie, którzy mają to szczęście, że nie mają zbyt wielu
opinii, albo lubią zachować je dla siebie. Jeszcze inni walą co myślą nie
licząc się (lub licząc) z konsekwencjami.
Ja niestety/ lub na szczęście (niepotrzebne
Twoim zdaniem możesz skreślić) opinie miewam, często kontrowersyjne, często
dostaje za nie po uszach. Czasem bardzo porządnie. Zazwyczaj najpierw się
pozłoszczę tak generalnie, a potem 10 razy przemyślę, czy może jednak bijący
mnie po uszach nie miał racji. A potem rewiduję moją opinię, albo nie. I idę w
świat razem z Eremitą:” kartą poszukiwania prawdy w oparciu o własne możliwości
umysłowe”. Zdaniem jednych bogate, zdaniem innych ubogie.
Dzisiaj dostałam po uszach,
bardzo. Od osoby, którą uważam za swojego trudnego i nieprzewidywalnego, ale
jednak przyjaciela. Jego prawda jest – jak się okazało – tak bardzo inna od
mojej, że nie możliwa nawet do polemiki, a co dopiero do przyjęcia. Boli bardzo, ale
świat nie stanie z tego powodu.
Dzisiejsze wnioski, takie same
jak zawsze w tej sytuacji. Pochopnie pomyślałam, że będę zrozumiana, bo tym razem partner
nie ma już 18 lat, jak w wypadku Joosta. Liczyłam na dyskusję i częściowo nawet się
to powiodło, ale ze strony innej osoby niż się spodziewałam, za co dziękuję.
Ale generalnie mój błąd, moja lekcja. Jeśli sama chce, żeby ktoś
respektował moją prawdę, muszę przyjąć czyjąś z podniesioną głową. Ja wiem,
wszystko dziś trochę zamotane. Ale dzisiejsza prawda jest zamotana, bywa. Jak
mawia moja Siostra „nic Ci na to nie moge
poradzić“.