MÓJ DZIEŃ W SALAMANCE

Wczoraj Siostra opisała mi jak
wyglądają jej dni. Zapracowane co najmniej od 5:30 do 22:00.
Z 2 godzinami drogi do i z pracy. Pełne obowiązków,
dzieci, pracy, radości ale i okropnego zmęczenia.
Mój dzień tutaj wygląda inaczej,
w porównaniu do jej dnia jest stratą czasu,
przeczekiwaniem
.
A żeby było śmieszniej jest inny niż moich współmieszkańców.

Wstaje późno, bo o 8:00 rano,
szybko się ubieram, jem jakieś śniadanie, pije herbatę. To wszystko odbywa się
w towarzystwie koleżanek, które piją kawę i palą pierwszego papierosa. Dalszych
kilka wypalą w drodze do szkoły.
Ok. 8:45 lecimy do szkoły,
zawsze wychodzimy trochę za późno. Po drodze panny wypalają kolejne papierosy i
mówią jak źle się czuja po wczorajszej imprezie.
Od 9:00 do 10:45 jest pierwsza
lekcja – raczej gramatyka
10:45 – 11:15 przerwa, którą
wszyscy (poza mną) spędzają w kawiarni. Ja zazwyczaj nie spędzam przerwy w
kawiarni, bo jestem skąpa i nie chce mi się wydać 1 EURO na herbatę + 2 EUR na
ciastko… total mogę mieć po drodze za 50c
(pamiętaj, że jestem tutaj ok. 90 dni). Kawiarnia strasznie śmierdzi. Każdy
tutejszy 18 latek czuje się w obowiązku nieustannie palić, jak tylko ma okazję.
Przepraszam, że to ciągle powtarzam, ale już mnie męczy, że każda moja rzecz
śmierdzi. Tolerancja jest niezwykle istotna, szkoda, że działa tylko w jedną
stronę. Poza tym przerwę poświęca się na obgadanie wczorajszej imprezy, kto
gdzie rzygał itd., a mnie to interesuje umiarkowanie. Więc sobie czytam.
11:15 – 13:00 druga lekcja,
raczej konwersacje.

Potem idę do sklepu na zakupy i
do domu.
Ok. 14:00 jem obiad i oglądam
Simsonów po hiszpańsku, bardzo śmieszne.
A potem jest różnie. Pomiędzy
19:00 a 20:00 mam zajęcia dotyczące kultury hiszpańskiej, malarstwa,
literatury, filmu, muzyki na które staram się chodzić regularnie. Nikt z domu
nie chodzi na te zajęcia – część z obawy, że jeszcze by się czegoś dowiedziała,
druga cześć, bo jeszcze nie rozumie hiszpańskiego na tyle, żeby to miało sens. Jakąś
godzinę przedtem lub potem poświęcam na zadanie domowe. Poza tym czytam – mam
już przeczytane prawie wszystkie hiszpańskie książeczki, które wzięłam, dziś
zaczęłam 5 poziom (najwyższy). Z innej literatury zostały mi jeszcze książki
dotyczące marketingu, czyli prawdopodobnie wystarczy mi czytania tak akurat na
cały mój pobyt w Salamance.

Po szkole nieomal nie mówię.
Wszyscy idą spać, bo są zmęczeni po wczorajszej imprezie do bardzo późna, albo
mają zły humor bo ta czy tamten spojrzeli się nie tak jak mieli. Potem nie
mówią, bo maja kaca, albo mówią o następnej imprezie, na którą ja znów nie
pójdę, bo nie chodziłam jak miałam 18 lat to teraz już o wiele za późno.
Zwłaszcza, że średnia wieku to 20 jak liczyć przychylnie. Idę spać ok. 1:00 w nocy, po odpowiedzeniu na
maile i odesłaniu bloga.
Generalnie jestem sobie sama ze
swoimi myślami. Czasem spędzam czas rozmawiając z kimś na YM lub ICQ, czasem
spaceruje, czasem odwiedzam „mój kościół”. W piątki chodzę do szkolnego kina. Tam
też czasem jestem zupełnie sama.
Zdarza się oczywiście, że z kimś
porozmawiam, ale raczej staram się słuchać. Na aktualnie modnej muzyce
dyskotekowej się nie znam, więc nie ma sensu się wygłupiać.

Nie nudzę się, bo Salamanka jest
przepiękna, mam Internet, książki itd.
Ale czasem czuję się samotna.
Jak każdy chyba, taki „sto mil od brzegu, sto mil przed brzegiem” jak przypomniała wczoraj Pani A.. Pan Boski
nie rozumie dlaczego te maile i smski są dla mnie takie ważne. Odpowiedź jest
nadspodziewanie prosta: bo czuję się mniej sama jak ktoś do mnie pisze.
Moja Siotra jest chyba bardzo zmęczona obowiązkami. Ja żyję w trochę nierealnym świecie w którym człowiek męczy
się głównie na własne życzenie, albo jak musi się akurat naprawdę dużo uczyć,
co czeka mnie w tym tygodniu, bo zmieniam poziom i trochę się cieszę z tego MUSZĘ.
Także nie mam się czym chwalić.

Teraz już czekam na Pragę. Licząc z dniem dzisiejszym 24 dni. Tak. Nie mam dziś najlepszego dnia, kolejny nieomal bez słowa. Tych pustych nie liczę.

Leave a comment