Pamiętam
odcinek Simpsonów, kiedy Bart zrobił jakaś
totalną głupotę i obawiał się, że jego zdjęcie pojawi się w następnym
wydaniu Brytaniki jako przykład tłumaczący pojęcie „debil”. Od czasu piątkowej
podróży mam wrażenie, że w nowej edycji pojawią się dwa zdjęcia. To drugie
moje.
Ci,
który mnie od tego czasu widzieli już wiedza. Więc pobawią się tylko Ci,
których w czasie Świąt i okolicy nie męczyłam. Otóż. Kupiłam sobie w czwartek
bilet do granicy a dodatkowo przezornie
miejscówkę od Ostrawy, bo w Czechach nie jest, za to w Polsce jest obowiązkowa.
Kosztuje 30 CZK w Czechach lub 18 PLN w Polsce.
Byłam z
siebie bardzo zadowolona w ten czwartek.
Po
przypendolinowaniu do Ostawy, poczekałam z 20 minut i nadjechał pociąg z
Wiednia. Razem z nierozłącznym plecakiem wielkim i malutkim (tym razem
zostawiłam średni) oraz ciężkim pudełkiem z 2 winami dla Pana C. udałam się na
poszukiwanie „mojego” wagonu z miejscówką. Szukałam, szukałam, szukałam aż
zdałam sobie sprawę, że mojego wagonu nie ma, bo pani mi sprzedała miejscówkę
na pociąg, który jedzie 5h później. W tym momencie automatycznie zamknęły się
drzwi mojego pociągu, a mnie z wrażenia wypadło z rąk pudełko z winami… tuż
obok kół (spadły jakieś półtora metra, albo dwa, bo ja duzia jestem). No nie! Jedyny prezent
dla Szwagra musiałam uratować!!! Przycisnęłam guzik, drzwi jeszcze się otwarły.
Szup na kolana i wyciągać to pudło ciężkie jak skurczykrowa… wymyśliłam
sobie, że taki szalony pociąg nie odjedzie z otwartymi drzwiami. Jakby jednak
pojechał to chyba by już reszta też prezentów nie dostała… co wytłumaczyli mi
drukowanymi znajomi na urodzinach.
Abstrahując
od tego, że wina zwykle nie przeżywają upadków z 1,5 metra. Te przeżyły, chyba
z szacunku dla mojej głupoty.
Ale to
połowa sukcesu, bo drzwi znów się zamknęły. Więc ja znów na guzik i pcham się na górę, ale te drzwi już się
bardzo chciały zamknąć. Więc zamknęły mi plecak a ja zostałam w środku tylko
dzięki uprzejmości i usiłowaniom Austryjaków, którzy zaparci nogami wciągnęli
mnie do środka. No… a potem już dojechałam bez problemów. Austryjacy stali
tak jeszcze bez ruchu z 5 minut, bo ich strach zamurował. Ja nie miałam czasu
się bać, bo musiałam zrobić wszystko szybko, zaczęłam się bać dopiero w domu
jak mi znajomi łopatologicznie wytłumaczyli, że pociągi czasem jednak jadą, jak
nie mają. No więc miałam więcej szczęścia niż rozumu. Wieczorem samodzielnie
przyznałam sobie nagrodę Darwina, za najbardziej pomysłowe sposoby
odejścia z tego świata. Na szczęście nie udane.
Twoja
Simpsonová