Pisałam, że nie bedzie!
Sywestra spedzę z kuzynem, który mam nadzieję dotoczy się z Częstochowy przez zawieje i zamiecie (nawet w czeskiej telewizji mówią jaki to kataklizm w Polsce a to już jest coś!). Pisał, że się toczy. Będę (a nawet my) oczekiwać.
Pan Boski pojedzie do Drezna. Wykazywał oznaki zainteresowania zostaniem, ale nie chce potem słuchać jak to musiał „dla mnie”, więc niech jedzie… Wczoraj nawet sobie postanowiłam, że skończę z tym zgubym nałogiem, ale dziś jest milutki jak kotek i pewnie znowu nici z postanowień. A powinnam, co tak się tyoczyć przez życie z sobą a bez siebie? Ale w sprawach uczyciowych to jestem szybka jak błyskawica, wiec po 17 latach się z nim rozwiodę.
Oczywiście nie wierzy mi, że jestem chora, bo jeszcze mi nie wskoczyły plamy rozkładu. Humor mi się nie pogasza wprost proporcjonalnie do temperatury ciała (jak jemu), więc mi nie wierzy. On ma dwa stany: umiera albo idzie w góry. Ja mam jeszcze przechodni. Jestem troche chora, ale jak zaniedbam to bedę bardzo. A ja teraz nie mam czasu na chorowanie. Do wyjazdu zostało mi jakieś 30 dni, ma to być przyjemnych 30 dni. Wieczorem ma być –20C a oni z pewnością zapragną explorować Drezno, które już widziałam, co w kombinacji z autobusem, pociagiem, tramwajem tam i z powrotem już by śmiercią kliniczną groziło. A może tylko sama sobie tak gadam, bo nie chce mi się jechać? – tak twierdzi Pan Boski. Może. Ale w zeszłym roku chorowałam po Zurichu 2 tygodnie, bo musieli zwiedzać jak szleni, w tym nie mam czasu na takie fanaberie.
Tak więc jeśli „gdzieś idziesz” to baw się dobrze, jeśli zostajesz to baw się dobrze. A ja też będę.
A w Nowym Roku…. żeby było zaskakująco lepiej:)