Jak bym
miała krótko napisać co od lat robię w pracy stwierdziłabym, że spełniam
życzenia wodzów oraz mniejsze marzenia własne lub okolicy. System działa
następująco: jakieś tam władze wyższe wpadają na ten czy ów genialny pomysł, a
ja mam sprawdzić czy się da, a jak się da to za ile. Jak to już moja sprawa.
Jak się zdecydują to to coś załatwiam. W wolnych chwilach wprowadzam w życie to
co sama uważam za sensowne dla firmy + utrzymują kontakty z kontrahentami, co
czasem bardzo pomaga jak przyjdzie kryzysik:). W związku z tym, że jestem „ni
przypiął ni przyłatał” w swojej ha ha
„karierze” w szanownej firmie przeleciałam już przez działy: Marketingu (a
właściwie asystentkę Dyrektora Generalnego, czytaj męża szefowej działu M),
Rozwoju (który nazywał się tak ze względu na mnie, po poza mną zawsze byli tam
tylko informatycy) no a teraz dział Zagraniczny.
W
między czasie siedziałam w 5 różnych pokojach na ok. 14 możliwych, licząc z
sekretariatem itp. … aktualnie w Dziale Prawnym :)))).
Będąc:
w
Marketingu zajmowałam się głównie -> tłumaczeniami i rozwojem,
w Rozwoju -> negocjowaniem umów i prawem,
w
Zagranicznym -> umowami i marketingiem.
No a
niedawno byłam 3 miesiące w Hiszpanii, no i odchodzę, więc przed odjazdem
rozdzieliłam pracę między krewnych i znajomych królika, czyli miedzy wszystkich
i nikogo. Bo nikt się nie chce przyznać do umów w barbarzyńskich, dla Czechów,
językach ani zajmować czynnościami detektywistycznymi, które zawsze miałam na
porządku dziennym, jak odkręcałam dobre pomysły i nieumyślne wpadki tych czy
owych. Słabe to jest bardzo, że już niedługo porzucę pracę i pojadę w nieznane
a co gorsze w bardzo nieznane powrócę. Bo niby do Pragi… ale jakoś tak
dziwnie będzie być bez pracy, w każdym razie tuż po powrocie. Zwłaszcza jak jest
się radosnym pracoholikiem:)
No ale
z firmy już trzeba się było ewakuować. Za feministkę się nie uważam, ale tutaj
jednak panują pół-arabskie układy jeśli chodzi o podejście do kobiet, więc
trzeba było znaleźć sensowny powód żeby odejść. Nauka hiszpańskiego i
stypendium wydawały mi się dostatecznie sensowne:)
Ostatni
miesiąc pracy (po 5 latach, sic!) zaczynam ciekawie. Właśnie oddałam propozycję
rozwiązania Kampanii Reklamowej na najbliższe pół roku w północnym kraju. Na
przygotowanie miałam całe 2,5 dnia (pewnie to nowość, że jest potrzebna strategia:) a nad głową bat w postaci sumy, którą
wodzowie dali mi do wykorzystania a z drugiej strony dobre chęci kolegów,
którzy chcieli wprowadzić jakieś ciekawe elementy w marketingu w swoim kraju.
Wiekopomne
dzieło oddałam dyrektorowi działu handlowego, który mnie sobie na te 2,5 dnia
wypożyczył, a zaraz muszę zacząć czytać
pasjonujące wytwory wyobraźni polskich ustawodawców… w końcu jestem
z działu Zagranicznego ;)), więc muszę wymyślić dopuszczalne konstrukcje
prawne na polskim rynku. A aktualnie już nawet siedzę w dziale prawnym, to
takie zadanie jest pestką!!! Za tydzień przesiądę się do działu Rozwoju i
będę tworzyć strategię wejścia na rynek niemiecki (akurat niemieckiego nie
znam, ale cudowna stronka http://babelfish.altavista.com/ pozwala mi nie robić
z tego problemu:). Już nawet zarys mam, Wielki Szef był zachwycony. Ale to mało,
muszę uzupełnić, w końcu ktoś to będzie musiał załatwiać… będzie zabawa, życzę szczęsliwcowi dużo szczęścia:)
Strasznie
lubię swoją pracę (tu z wyłączeniem niektórych elementów firmowego krajobrazu
pojawiających się w dwutygodniowych interwałach), ale czasem jestem tak
zamotana, że – tak jak dzisiaj – nie mam pojęcia jaki dzień tygodnia właśnie
mamy…ale przyznaję, że to może być dlatego, że ciągle jestem trochę chora a
może nawet mam gorączkę, bo tak mi dziwnie :)))
Myślę,
że samo pisanie w pracy o pracy jest objawem umiarkowanej poczytalności
umysłowej. Z tym, ze ja i tak aktualnie nie myślę, więc nie będę zbytnio
roztrząsać.
Muszę
czytać te ustawy brrrrr