Postanowiłam
zbojkotować moje miejsce pracy. Powiedziałam, że komputer, który tam stoi po
Diable jest za wolny a ja nie mogę na takim żółwiu pracować i poczekam na
technika aż przeniesie mój od prawników. Tak naprawdę nie chce mi się oglądać
tego Misia – Patysia, który robi za mojego szefika. Liczę na to, że do powrotu technika mi przejdzie. Przed ponad
rokiem przynieśli mi gościa w teczce – znajomy z klasy właściciela.
Sympatyczny, ale zero pojęcia na czym polega praca u nas. Wczoraj w drodze z
Budapesztu inny szefik twierdził (choć jest prawdą, że on rzeczy widzi po
swojemu), że jak mnie nie było mój Szefik nastawiał wodzów przeciwko mnie, że
niby trudno nawiązać współpracę z moimi partnerami, bo ja wszystko zawsze
załatwiałam sama i wszystko jest oparte na osobistych kontaktach a on nie ma
informacji. K.. a na jakich kontaktach chce opierać współprace??? Ja tych ludzi
znam 5 lat, on przez te 1,5 roku nie spróbował ich poznać to czego się
spodziewa? Mamy w firmie świetny system zarządzania wewnętrznego, po dwóch
latach w dziale Rozwoju (informatycznym + ja) nauczyłam się wkładać tam
najdrobniejsze informacje. Wiec jakby chłopak chciał to wiedziałby wszystko. A
że niektóre informacje wkładam w tajemniczym języku brytów? Może wydaje mu się,
że miałam całe lata tłumaczyć korespondencje na czeski?? Wiem, że to tylko taka
wojna obronna, nie ma pomysłu jak ugryźć prace, której po 1,5 roku nadal nie
opanował to zwala na mnie. Ale co niby powinnam zrobić? Nie pracować? Mówić
Wielkim wodzom jak się nazywają psy, żony, kochanki, dzieci kontrahentów?
Przecież moja praca polega na tym, żeby to wiedzieć!!! Właściwie to nie wiem
czemu mnie to denerwuje, skoro i tak odchodzę? Chyba najbardziej dlatego, że
nauczyłam go wszystkiego co umie, bo jedyne co miał to dobre plecy, do tego
uważam go za sympatycznego a tu taka wpadka. Dysonans poznawczy się to nazywa.
No wygadałam się, już mi lepiej.
Właśnie
przyleciał, że nie działa podłączenie do internetu w Budapeszcie a on nie
rozumie jak coś jest techniczne i żebym to jakoś załatwiła. Ha ha ha. Ja jestem
informatykiem jak wiadomo! A potem powie, że nie wiadomo dlaczego ja to
załatwiałam, mógłby się gość walnąć w czajnik.
I jeszcze ktoś
nam chce sprzedawać dane z giełdy w Budapeszcie. Też niby ja miałam to
załatwić. I również gościa straszy. Teraz ma się tym zajmować ktoś inny, a że
nie umie? Sorry, nie od razu Rzym zbudowano… ja się tez z rok uczyłam. Żeby
coś załatwić trzeba te osobiste kontakty niestety! Czasy wieloczynnościowego
robota kuchennego odchodzą do przeszłości Mój Drogi. Musisz spojrzeć prawdzie w
oczy – nauka matką postępu!
W Budapeszcie
było sympatycznie. 2 Telewizje, 16 czy więcej dziennikarzy, więc nie wyglądało
to źle. Groziło katastrofą, bo Diabeł był pierwszy raz w życiu na konferencji
jako prelegent i nie miał prezentacji w komputerze. Liczył na to, że ściągnie z
firmowej sieci, a informatyk jakby zawiódł, ale udało się ją dosłać mailem
jeszcze przed początkiem imprezy. Ubawiłam się jak norka. Diabła nie winię, bo
był zestresowany i pierwszy raz, ale Szefik powinien to przewidzieć, ale wolał
zwalić odpowiedzialność na Diabła. Jemu się wydaje, że doświadczenie wyssawa
się z mlekiem matki. Nie wyssawa. On nie wyssał, to pewne.
Podróż też była
spokojna. Szefik z handlowego nawet nie próbował nas zabić szybkością, więc się
nie skarżę. Bo u nas w firmie lata się samochodzikiem i to najlepiej prywatnym,
co chyba zapomniałam jakoś wyraźnie stwierdzić.
W domu byłam o
20, czyli ok. Ale…no właśnie. Dostałam od AW książkę na urodziny."Niania w
Londynie". Żadne arcydzieło literatury, ale czyta się doskonale. Przykleiłam się
tak dokładnie, że potrzebowałam dużej siły woli i argumentów rozumu, żeby
odlepić się o 1 a.m.. Zostało mi z 50 stron. Oczekuję szczęśliwego
zakończenia… ale nie wiem czy nie zrezygnować z obiadu, żeby przeczytać
wcześniej:)))
Pan Boski nadal
ma humorek więc gołębie trwają. 11 dni!!! A łyżka na to: nie możliwe!