RĘKAWICZKI

Ostatnimi czasy
gubię rękawiczki, dosyć namiętnie. Zaczęło się od przesympatycznych rękawiczek
od AW w Hiszpanii, na szczęście na samym końcu, bo bym uświerkła. No więc w
grudniu rękawiczki Agnieszki. Zaraz po przyjeździe, z przejęcia, że poznałam Tajemniczą
Panią zgubiłam jedną historyczna windstoperową rękawiczkę, która bardzo
kochałam, ale i tak już była leciwa. Wtedy postanowiłam obniżyć koszty zakupów,
bo jednak tamte były kosztowniejsze. W sklepiku obok pracy znalazłam rękawiczki
po rozsądniejszej cenie. Zakupiłam te droższe za 25 CZK (cieplejsze), licząc na
to, że może z miesiąc przeżyją. Tak się nie stało. Ciućka je papła. Teraz
chodzę w rękawiczkach, które za 19 CZK (2,4 PLN?) zakupiłam dla Pana Boskiego
(trochę cieńsze).

I już bym je
dzisiaj znowu zgubiła, ale na szczęście uświadomiłam sobie gdzie mogą być i
wróciłam w podskokach a one już na mnie czekały. Ha.. może to dobry znak i na
przykład przestanę je gubić? (Tak często:) Rozumiem, że 2,5 PLN to nie jest
przytłaczająca suma, ale i tak rozważałam możliwość przytwierdzenia do
rękawiczek sznurka – takiego jak mają dzieci, bo 3 pary w ciągu miesiąca to
jednak przesada, choć wierzę, że to objaw szczęścia niezmiernego, które ma
nastąpić po rękawiczkowym kryzysie.

W pewnym sensie
znajduje to potwierdzenie w wydarzeniach aktualnych. Otóż. Dostałam z Sevilli
„acceptation letter” na którym nawet łaskawie napisali moje imię i nazwisko.
Ale nie datę, kiedy mam przyjechać. Bo oni daty nie mogą … ale Uniwersytet
Karola bez daty nie może. Paragraf 22. Więc im napisałam DRUKOWANYMI, że ja jeszcze proszę tę datę. Więc
oni mi napisali, że mi daty nie napiszą, bo nie wiedzą kiedy będę a taki
Erazmus to potencjalnie lata tam i z powrotem i „się nie wie” . Nie licząc na
duże szanse na sukces udałam się do koordynatora na Uniwersytecie Karola czy
może jednak zechciałby pobrać ten list w takiej formie w jakiej go przysłali…
spodziewając się, że jeśli nie pocałuję klamki to przynajmniej wyrzuci mnie za
drzwi. A on go … przyjął. Jednocześnie okazało się, że wystawi mi jakieś
papierki, które mam zanieść do dziekana (czego się nie spodziewałam), potem
znów przynieść do niego z czerwoną pieczątką (CZERWONĄ) a potem już mogę pobiec
do rektoratu jojkać o stypendium. Dostanę 1920 EUR na 6 miesięcy. Ciekawa
jestem czy umrę z głodu, a właściwie czy wystarczy choć na czynsz, ale Pan
Boski vel Gołąb (12 dzień!!!) twierdzi, że kasą mam się nie przejmować. I że
kupi mi w Sevilli grzejnik!!! Także jeśli nie zawiedzie Pani z dziekanatu, Pan
koordynator nie zachoruje, w rektoracie zaakceptują dokumenty jest szansa, że
zdążę skompletować wszystkie dokumenty na stypendium jeszcze przed odjazdem. To
by było fajnie..(Pan B się pyta czy na uniwersytecie nie używają faksów?…
Głupie pytanie?! Po co? Mają studentów!). No nadmienię, że mam 2 tygodnie,
dziekanat, koordynatora, rektorat a do tego wyjazd do Polski + nieomal na 4 dni
robocze na Węgry. Hop siup zwariowałam. Do tego muszę załatwić ubezpieczenie,
skopiować potwierdzenie, że płaciłam podatki itp., znaleźć nie wiem gdzie milion
biurokratycznych papierków które muszę ze sobą wziąć. Kupić sobie okulary i tu
już pikuś… spakować się. Uff. Zawsze wszystko na ostatnią chwilę, ale ja mam
chyba taki system. Kciuki tudzież inne elementy w zależności od kraju proszę
trzymać, żeby się udało.

Książkę
skończyłam. Romantycznie… jak ja to lubię:)

Nie mam nic przeciwko zakładom dotyczącym gołębiowania z Panem Boskim. Może
jest naprawdę chory? Albo ukrywa kochankę w piwnicy (nie mamy). Hmmm

Leave a comment