W DOMU

Wczorajszy dzień pracy nie zakończył się specjalnie miło, bo mieliśmy z prawnikiem zupełnie odmienne zdanie na temat funkcji prawnika w firmie. Ja uważałam, że powinien wiedzieć gdzie są zapisane umowy a on, że nie. W końcu się dowiedział, ale do mnie się nie odzywa. Tyle lat się starałam być dla niego miła… ale wczoraj już byłam bardzo zmęczona. Trudno.
Podróż minęła bez problemów. Ukradłam sobie koc z sąsiedniej kuszetki, więc nie uświerkłam. Szkoda, że pociąg spóźnił się o 30 min, bo Tata lekko przymarzł. Na Śląsku – Syberia. Śniegu tyle, że po drogach osiedlowych trzeba się przebijać a auta muszą zapomnieć o wymijaniu. Za to w moim zaniedbanym mieście zrobiło się przepięknie. Zobaczę je znowu na Święta… może do tego czasu trochę stopnieje, śniegu jest tyle, że to nie zupełnie oczywiste.
Ty musisz pracować, ja tylko na chwile „zajrzeć” do spraw służbowych, więc dla pocieszenia duszy, ponoć prawdziwa anegdota, którą opowiedział mi Pan Boski przed odjazdem:

Na Wyspach Brytyjskich prawo – jak wiadomo – oparte jest na zasadzie precedensu. Czyli jeśli raz postanowiono w jakiś sposób, to w przyszłości powinno się postanowić podobnie.
Pewnego dnia, student przyszedł na egzamin pijany, więc oczywiście wyleciał z hukiem. Odwołał się, a w odwołaniu napisał, że w XV w. był podobny precedens a sąd zdecydował wtedy, że „student ma prawo przyjść na egzamin podchmielony”. Uczelnia napisała do niego… list z przeprosinami. „że to rzeczywiście prawda. Nie miała prawa wyrzucić go z egzaminu z powodu opilstwa, zgodnie z precedensem umieszczonym w odwołaniu. Przypomnina natomiast, że w XVI w. był precedens, który mówił, że „student powinien przychodzić na egzamin z mieczem”. Gdzie miał miecz?”

Leave a comment