Nie ma co ukrywac. Nie lubie pracowac, choc bez pracy nie umialabym zyc.
Jednoczesnie wszystko co robie w pracy, robie dla pieniedzy albo drobnych
namiastek “prestizu”. Nie mam w zasadzie zadnej pozycji zawodowej, bo w malej
czy sredniej firmie zadne tytuly czy funkcje nie maja znaczenia. Jednak czasem
sporo mnie kosztuje racjonalne myslenie, gdy w gre wchodza blyskotki. A bylo to
tak: “opiekuje sie” firma na Slowacji. Wczoraj, wraz z szefem, wyznaczalam
ludzi do organow firmy, ktora chyba ma jakis potencjal rozwoju i ogromna
firme-matke. Szef nie ma wyksztalcenia, ja mam, dlatego kusil mnie do zarzadu
(w firmach ubezpieczeniowych trzeba miec jakies szalone doswiadczenie, zeby moc
sobie pozwolic na srednie wyksztalcenie).
Zgodnie ze slowackim prawem: zarzad odpowiada za zobowiazania firmy calym swoim
majatkiem, czy jakos tak. Szef przekonywal, ze to zawsze ulatwia rozmowy,
otwiera drzwi itd. Ale wytrwalam. Nie bede w zarzadzie firmy, nawet jesli de
facto bede nia kierowac, moge to robic jako pracownik. W prywatnych firmach
zarzad nie ma specjalnego wplywu na to co sie w firmie dzieje, jesli wlasciciel
zyczy sobie inaczej. A ja wole nie ryzykowac. Czulam sie jakbym grala w
ostatniej scenie “Adwokata diabla”, tyle, ze ja wytrwalam. Z trudem…
blyskotki czasem dzialaja silniej niz kasa.