Zaczela sie
jesien. Ludzie na ulicach jeszcze udaja, ze to lato. Zakladaja sweterki,
zamiast lekkich kurtek, mlode dziewczeta odktywaja ksztaltne brzuchy. A liscie
zaczynaja zmieniac kolory. Juz nie sa zupelnie zielone, ale jakby troche
przyzolkle, zmeczone sloncem, osmagane wiatrem. Czas usypiac.
Na szarosc
najlepsza ksiazka. Wczoraj kupilam 3, zeby miec co czytac przynajmniej do
niedzieli. Zaczelam od Haliny Pawlowskiej “Zdesperowane kobiety postepuja
desperacko” . Pawlowska to gruba, niezmiernie sympatyczna baba, ktorej moge
sluchac/czytac bez konca. Jesli ma kompleksy to trzyma je mocno za morde. A
ksiazka? Lekka, latwa i przyjemna, akurat do wany w ktorej zamierzam zamieszkac
w ciagu najblizszych kilku dni. Zeby przezyc przebiegajacy szok termiczny.
Dlaczego ktos mieszka w Czesi, jesli moze na poludniu Hiszpanii, albo we
Wloszech? Przestaje rozumiec.
Zamiast
obiadu czeka mnie dzisiaj wiekopomne wydarzenie. Podpisujemy z Panem Boskim umowe
wstepna na zakup mieszkania. Tego malutkiego, 56m + 14 taras.
Bedzie hipoteka wiec jego mama –
chomiczek, nie bedzie sie musiala obawiac o swoje finanse.
A wiec
jesien. Wiedzialam, ze nadejdzie, jak co roku, lubie cieple, jesienne kolory,
ale mimo wszystko brakuje mi swiatla, nadzieji, energii. A z latami (juz???)
coraz mniej we mnie oczekiwania. Ze znowu przyjdzie wiosna? przyjdzie! Ale czy
bede jeszcze potrafila zmienic siebie?