Stan mojego
duchowego “ja” znacznie sie poprawil. Niestety nie mozna tego powiedziec o cielesnej
powloce. Rano mialam powazne klopoty z przesiadka na Florencu, musialam 4 razy
siadac po drodze, bo.. zachowowalam na cos co przytrafialo mi sie juz wczesniej
a mianowicie: nic mi nie jest, ale nie mam sily. WCALE (mononukleoze juz mialam, wiec co?)
Tak bardzo
wcale, ze jak siedze przy stole to wszystko jest ok, ale wyprawa do salki
konferencyjnej jest jak lot w kosmos. Mam katar, i przytlumione dzialanie wszystkiego co nie jest mozgiem (ten
dziala na standardowych niskich obrotach). Takze zdrowy (przynajmniej chwilowo)
duch w otepionym ciele. Jechalam cala noc w pociagu, ale to nie dlatego. Chyba
przeziebienie. Zeby ciezki atak tzw „meskiego kataru“?