Najlepiej
byc pieknym, bogatym i zrownowazonym psychicznie. Wypisz wymaluj ja. Bylabym
niewdziecznica skarzac sie na brak ktoregokolwiek z elementow. Obiektywnie: nie strasze (za bardzo), daleko mi do fazy glodu (a nawet poczucia
koniecznosci oszczedzania, bo nie mam potrzeby robienia wielkich zakupow), nie
mieszkam rowniez w domu wariatow (no zalezy od punktu widzenia). Wszystko to
jednak jest kruche.
Nad
pieknoscia nie ma co deliberowac, bo biorac pod uwage moj ambiwalentny stosunek
do wynalazkow nowoczesnej chemii… mam powazne rezerwy.
Z reszta
jest gorzej. Kase mam, jesli pracuje (normalka). Praca niezwykle utrudnia mi
zrealizowanie marzenia jakim jest nazbieranie materialow i pisanie pracy
doktorskiej. Nie, nie chce byc naukowcem. Jest to marzenie do spelnienia. Chce
skonczyc to co zaczelam i isc dalej. Przyjemna, nie przyjemna kula u nogi, ktora lubie.
W aktualnej
pracy mam wrazenie, ze glupieje w zastraszajacym tempie, co radosci mi nie
przysparza.
Pan Boski
ma dostac podwyzke. Cieszy. Sumy sa zabawne, jakies 2/3 mojej pensji
podstawowej. To lubie. Twierdzi, ze jak
dla niego, moge przestac pracowac i zajac sie doktoratem. Hipoteka, wyposazenie
mieszkania a on spokojnie mowi, ze jesli chce to mam sie bawic. Deklaracje w
okresie pokoju sa niezwykle mile z jego strony. Tylko, ze nigdy nie mozna byc pewnym,
ze wojna nie zacznie sie ze zdwojona sila. Pan Boski nie wie, ze jesli zaczne,
bede spedzala min. 10h przy komputerze. Zadne obiadki, prasowania, wylizywanie
mieszkanka. Absolutna koncentracja, amok, obled w oczach. Uwielbiam to uczucie.
Kocham pisac. Kwestia czy jeszcze potrafie?
Wiec co? Wytrzyma to? Nie.
Musialabym
sie usamodzielnic. Zaoszczedzic tu-gdzies troche kasy i wtedy porwac sie z
motyka na slonce. Miec wlasna kase (ta co mialam wsyslo mieszkanie) i realizowac
marzenia.
Ciagle
slysze oddech Siostry: Czas na dzieci!!!. Ja wiem, ze czas!
Ale tez
czas na realizacje marzen. Te zawsze sa na bocznym torze. Traktowane po
macoszemu. Tak chce miec dzieci. Ale na mloda matke jestem za stara, wiec moze
jeszcze chwile. Lubie maluchy, oczywicie. Nie uczuje, ze to ostatni dzwonek, ze
to juz dzisiaj, ze juz. Jestem dziwna.
Nie mam
uczucia uposledzenia zwiazanego z brakiem. Choc wierze, ze w zwiazku z
pojawiniem sie malucha oszaleje i zmienie system wartosci.
Musze cos
ze soba zrobic bo spadam we wlasnych oczach. Topie sie w sosie
niedowartosciowania i lenistwa lub zmeczenia. Moge zaszalec, wziac torebke i odejsc. Ale to
jest latwe rozwiazanie. Probowalam duzo razy, da sie. Nigdy nie zalowalam, ale czesto
mialam poczucie niedosytu. Za szybko zrezygnowalam zeby znowu gnac. Za szybko
sie balam. Syndrom rozdrobnienia, DDA, po prostu przecietnosc?* (*niepotrzebne
skreslic)
Humor mam
dobry, ale czas na zmiany. Ja jestem cyganka w glebi duszy, cyganka, zydowka,
nomadem. Czas na emigracje wewnetrzna.
Jestem. Ja, to kto? I jestesmy w punkcie wyjscia.