Wczoraj walnelam taki list swojemu przelozonemu, ze do dzisiaj sie nie moge nadziwic. Nie, zebym zalgala, to wcale nie, ale jednak byl to mail z gatunku tych, ktore odwazy sie napisac tylko Agradabla i Mahatma Ghandi.
Nie wiem dlaczego od urodzenia mam wrazenie, ze jak pisze prawde to mam racje.
1. nikogo prawda nie interesuje
2. moja prawda nie musi byc wcale prawda obiektywna
3. taka prawda moze byc wykorzystana przeciwko mnie
4. nie wiem dlaczego przysparzam sobie powodow do denerwowania w tym nerwowym swiecie dla jakichs prawd, ktorych nikt nie chce slyszec.
Ale tak naprawde to swiat mnie zle traktuje od jakiegos tygodnia. Walcze z chandra na rozne sposoby: zmieniam sie w wodnika w cieplej wannie, czytam pozytwne bajki Jorge Burcaya, robie sobie bardzo dobre salatki, jem czekolade, tule sie do Pana Boskiego, uciekam wczesnie z pracy. I nic.
Czyli jak zla pogoda – nawet nie ma komu w ryja dac…
(jak napisala przed chwila madra Siostra)
Nawet wybralam sie na zakupy. I tez nic. Ladnych rzeczy w moim rozmiarze nie prowadza. Apropos zakupow, kiedys myslalam sobie "jak bede miala kase, to sobie kupie tylllle cichow" i co? Teraz mam wystarczajaco duzo pieniedzy, zeby w rozsadnych ilosciach kupic sobie nieomal kazda rzecz, ktora mi sie zamarzy. Niestety okazalo sie, ze przy dokladniejszym przyjrzeniu, wiekszosc ubranek jednak nie rzuca na kolana, albo jak w niedziele rano okazuje sie, ze w sukni rozmiaru 36 moglabym chodzic w 5 miesiacu ciazy (na oko)
Z drugiej strony, nie chce marudzic. Dookola mnie jest fura dziewczat, ktore absolutnie zawsze maja jakies mniej lub bardziej wymyslone problemy. Permanentnie. A to za grube a to za chude a to za kochane a to za malo kochane. Nie, zdecydowanie nie chce chce nalezec do osob nieustannie niezadowolonych z zycia.
Moje zycie jest zupelnie pozytywne. Niczego mi nie brakuje. A jednak przyszla ta chandra wstretna, polaczona – o zgrozo – z cietym jezykiem a to jest mieszanka absolutnie smiertelna. Smutna szczerosc Agradabli to stan, ktorego nie powinniscie nigdy poznac.