fascynuje mnie niesamowita ilosc rzeczy jakie moga sie zarzyc w momencie kiedy wszystko wydaje sie zapietne na ostatni guzik. Zwykle udaje sie powstrzymac burze i ladnie poukladac rzeczy skotlowane przez huragan. Tylko smiac sie chce bardzo i czesto bardzo smutno.
Znowu na mnie jakas melancholia spadla. Kupilam bilet miesieczny… bo 90 dniowego kupowac juz nie ma sensu. W pracy jakos tak nie chce mi sie walczyc, bo za chwile wszystko sie skonczy. Chlopcy nie wiedza, ze sie skonczy i dowiedza sie dopiero po tym jak projekt zobaczy swiatlo dnia.
To w zasadzie moze byc pozytywna zmiana, tylko tak jakos okres schylkowy nie dziala dobrze na moje samopoczucie.