Koncze wlasnie ksiazke P.S. Kocham Cie (PS: Miluji Te) i musze podzielic sie refleksjami.
Ksiazka (dla wiekszosci pewnie film, ale ja pisze o ksiazce, ktora byla wczesniej) opowiada o Pani, ktorej umarl maz i ona bardzo cierpi a on, kochany, zostawil jej krotkie lisciki a w nich instrukcje co ma robic w kazdym miesiacu po jego smierci. I to jej pomaga przezyc.
Konca nie zdradze, bo jeszcze nie doczytalam.
No w kazdym razie jedyna rzecz, ktora mi w tej ksiazce nie pasuje to osoba meza.
Ja wiem, ze o zmarlych mowi sie tylko dobrze, ale ten zmarly to byl po prostu blank swiety. A milosc taka, ze chyba powinnam od razu popelnic samobojstwo bo nigdy w zyciu nie bylam w tak udanym zwiazku. Ha! i nie bede, bo bym sie pociela z nudow.
Ciagle sie zastanawiam nad kwestia zwiazkow wokol mnie.
Ostatnio nawet gadalam o tym z Siostra. Hele, czy ktos z Was widzial kiedys pare, ktora sobie od czasu do czasu nie skacze do gardla? Albo zupelnie odwrotnie, nie przypomina wam kogos para ktora siedzi na przeciwko siebie przy obiedzie i milczy, bo na smierc zapomniala o co chodzilo w tej wielkiej milosci z przed kilku lat???
Kazdy zwiazek, ktory znam troche lepiej (czytaj: zwiazki ludzi, z ktorymi nie musimy grac teatrzyku pod tytulem "tak, ja tez jestem zachwycona moim fantastycznym zyciem" ) to dluga, meczaca gra pod tytulem TOLERANCJA.
Wyskakuje ze skory jak Pan Boski chrapie a on (jestem o tym przekonana) chce mnie zabic za kazdym razem jak zostawie otwarta klapke od szamponu (czyli co 2 dzien jak myje wlosy). A to sa te najslodsze powody dla ktorych,od zawsze, raz w tygodniu myslimy o rozwodzie.
Zwykle nasze zwiazki to mieszanka wielkiej sympatii, ktora byla kiedys szalona miloscia, przyjazni i zrozumienia dla siebie i przeciwnika, bo jak sie to policzy, podzieli, pododaje, to fajny gosc z tego czy owego Pana Boskiego.
Ale nie w tej ksiazce. W P.S. Kocham Cie pani miala szczescie 7 lat spedzic w malzenstwie w ktorym kazdego dnia calowala slady stop swojego meza. A 2 dnia po rozstaniu w celu udania sie na wycieczke z kolezankami, omalo nie umarla z tesknoty za boskim Gerrym. Wyglada na to, ze nie bolo zadnych klotni, sprzeczek, nieporozumien, roznicy zdan. A potem przyszla wielka tragedia. To bym nazwala pechem.
Ksiazke zdecydowanie polecam, mile czytanie na popoludnie, ale gdyby ten pan i ta para byla troche bardziej przyziemna to moze bym nawet uwierzyla, ze taka histroria mogla sie zdarzyc. A tak mamy kolejne czytadlo.
XXX
doczytalam. Koniec mial byc ponoc zaskakujacy, ale jakos nie padlam ze zdziwienia. Przyjemne czytadlo. Nic wiecej niz mniej:)