W koncu. Mam chec zaczac robic cos nowego! Nie starcza mi czasu, bo dusza leci i leci do przodu a stare przyzwyczajenia ciagle jeszcze trzymaja za tylnie kolka.
Zaczne rozgladac sie za praca. Pan Boski coraz glosniej zwiastuje zblizajaca sie recesje, musze zdarzyc przed ostatnim dzwonkiem.
Rozwazam, ze moze jednak sprobuje napisac prace. Ale nie po angielsku jak caly czas myslalam, tylko po czesku. Jasne, ze czeskiego tez nie znam, ale jednak wielka czesc mojego zycia odbywa sie po czesku, wiec dlaczego nie? Ze nikt tej pracy nie przeczyta? Jak jej nie napisze po angielsku to juz z cala pewnoscia nie. A po czesku, powinno poleciec. Znam tyle czeskomowiacych, ze jakas dobra dusza sie zlituje i przerobi to na jezyk literacki, gdybym jednak zdolala cos napisac. Nie trzymac kciukow, nie komentowac. Jak sie uda bedzie fajowo, jesli nie, planuje nie czuc sie winna.
Bede sobie robic zdjecia. Juz mam oficialne zdjecia ze slubu Siostry Boskiego i tak, niektore sa lepsze, ale nie tak znowu wszystkie. Plus w moich jest troche wiecej zycia. Zdaniem Pana Mlodego tez. Wiec nie jest tak zle. Nie musze od razu byc artysta. (Pan Boski nie jest fanem moich zdjec dla odmiany. Te od fotografa sa fantastyczne, ja ponoc zrobilam kilka fajnych. Na szczescie Pan Mlody jest odmiennego zdania)
Czytam Grishama po angielsku. I da sie. To nie pierwsza ksiazka, ktora czytam w tym oryginale, ale ostatnio przestalam w siebie wierzyc.
No i czytam o zarzadzaniu projektami. Kumam. czyli nie jest tak zle.
Ciesze sie faza maniakalna i dobrze mi z tym.
W nocy byla szalona burza. W mieszkaniu pod dachem trudno bylo spac, tyle blyskow i trzaskow. A dzisiaj znowu jest pieknie. Po nocy niezmiennie przychodzi dzien. Tym razem warto bylo poczekac.