A bylo to tak: ok. 3 tygodnie temu poznalam nowego wlasciciela firmy w ktorej ostatnio pracowalam. Firma sie wlasnie sprzedaje i nowy jeszcze sporo nie wie. Bardzo, ale to bardzo chcial, zebym do firmy wrocila. Oferowal taka kase, ze gdyby nie fakt, ze mu tak zupelnie do konca nie wierze (zauwazylam, ze czesto zmienia zdanie), to moze nawet bym sie rzucila. Powalajace sumy. Ja bym tyle za siebie nie zaplacila. Jestem twarda, odparlam pokusie. To bylo jak ostatnia scena w "Adwokacie diabla". Wytrwalam. Obiecalam, ze jak bedzie trzeba to czasem, troszke pomoge.
Firme obserwuje na odleglosc, bo nieomal codziennie ta czy owa osoba napisze mi co sie dzieje. Czesto wszystkie. Wiec jak widze, ze gosc (bardzo inteligentny, ale jednak) chce zrobic jakas totalna glupote, to tak jak obiecalam posylam mu krotki mailik, dlaczego moze jednak nie. Albo nad czym moglby sie zastanowic. Za darmo posylam. Takie hobby.
Za dobrotu na žebrotu. Wczoraj z polecenia nowego wlasciciela napisala mi jakas nowa operation panienka, ze bedzie nadzorowac przejmowanie firmy. Ona wszystko zalatwi tylko ja mam jej powiedziec co? Moze jestem kura domowa, ale zadara to nawet kura nie gdacze! No chyba sni panienka, ze jej przygotuje check list na przejmowanie firmy lacznie z systemami (firma dziala w internecie) No charge. HA ha ha. A jej szef mi dzisiaj pisze, ze jest takie i takie spotkanie, kogo ma na nie poslac?
Chyba jakos tak solidarnie postanowili, ze odrzucilam oferte za BARDZO duzo pieniedzy, zebym mogla pracowac charytatywnie.
Nie, moi mili. Nie dlatego. Brrr
_____________
najblizsze 2h bede jej mile odpisywac, ze na niemoralne propozycje z zasady nie odpowiadam.