W ramach sniadania zobaczylam kawalek amerykanskiego filmu "Jezdzcy z poludniowego Bronxu". Chodzilo o to, ze dzieci z Bronxu nauczyly sie grac w szachy i jak to bywa w amerykanskich filmach, dzieki ciezkiej pracy, wygraly mistrzostwo USA. Przeslanie filmu jasne jak kostrukcja cepa: jak wiesz co chcesz i podazasz za swoim celem to gory mozesz przenosic.
To przeslanie jest mi bliskie cale zycie. Doskonale zdaje sobie sprawe z tego, ze wszystko jest w moich rekach. Ilosc jezykow ktore znam, zalezy od mojego zapalu, ilosc krajow, ktore odwiedze, od blysku w oku potrzebnego do przekonania Pana Boskiego. Praca, ktora bede robic, zalezy od entuzjazmu wloznego w jej poszukiwanie i SZCZESCIA itd…
Na drodze do sukcesow stoi w moim wypadku kilka wiatrakow. Niektore maja wielkosc mniejszej elektrowni.
Najwieksza jest oczywiscie moja rodowa elektownia pt: "nie rozumiem dlaczego swiat nie poda mi wszystkiego na tacy".
i tak siedze i czekam. A swiat nic, swinia :))
Juz tak dlugo nic aktywnie nie robilam, ze niezabardzo wiem jak sie za to zabrac. Jakies pomysly?