Wczoraj jezdzilam na motorze. Takim, co zwykle wozi dawcow organow. Maksymalna osiagnieta predkosc ok. 130 km/h, niezbyt wiele, ale dziala na wyobraznie. Z przyczyn dla mnie niezrozumialych, nawet sie nie balam. Kierowca byl doswiadczony, jezdzil spokojnie a ja dyndalam z tylu uczepiona jak rzep.
Pan Boski podobna jazde wspominal z drgawkami jeszcze 3h pozniej. Chlopcy przezywaja takie sprawy wyrazniej jakos czy cus? Jechalam, jechalam a glowie mialam tylko jedna mysl: fajnie sie jedzie, bezpiecznie ale niech cos wyskoczy na droge a ja nie zrealizuje zadnego z moich planow. To by byla kosmiczna glupota gdybym sie zabila akurat na motorze. Melduje, ze nie zabilam.
Przed motorem byla jezdze przejazdzka lodzia po okolicznym jeziorze i tak 12 km piesza wycieczka (no moze 15).
Za chwile czeka mnie wycieczka rowerowa. Tutejsza rodzina Pana Boskiego wstaje o 5-6 rano i az do 10 wieczorem ma energii jak duracel. Musze powiedziec, ze wcale nie jestem zaskoczona, ze dobrze im sie powodzi i sa w stanie realizowac wiele szalonych pomyslow. Ludzie czynu. Mam wielka nadzieje, ze ich energia i entuzjazm sa zarazliwe. Ciekawa jestem czy bede sie jutro ruszac. Ostatni raz na rowerze bylam takich 12 lat temu…