Tym razem wybral(ismy) kierunek Muranska Planina. W drodze do Pan Boski nie chcial sie zatrzymac na rytualna zupe pomidorowa w pizzeri Olivo na rynku v Banske Stavnicy (polecam!) a we mnie wstapil diabel. Gdyby nie kierowal to chyba byl go udusila. W metropolii o nazwie Revuca, gdzie mielismy zamowiony nocleg, byly same spelunki, ale nieee i niee, zatrzymac sie w Banskiej Stavnicy to by byla wielka strata czasu a Revuca to osrodek turystyczny i na 100% (sic!) cos maja. No jasne! Jedzenie to jedyna atrakcyjna dla mnie rzecz na tych nieustannych gorskich wycieczkach. Nie tym razem. Rano jedlismy na lawce zakupy z Billi. Brrr.
W sobote wyruszylismy na podboj Ciganki – takiej gory ktora wchodzi w sklad Muranskej Planiny. Zupelnie standardowa trasa, 350 m przewyzszenia, wg planu 4h. Meczylam sie niemilosiernie. Nieomal sie zanioslam na te gore. Straszna meczarnia. Bolala mnie glowa, oczy, caly czlowiek. Zwykle wystarczy nam tak 60-70% standardowego czasu, nie tym razem. Lezlismy 5h. To znaczy ja lazlam jak mucha w smole a Boski czekal.
W nocy popsulam sie zupelnie. jakby mi ktos na klatke piersiowa przykleil wielkiego ciezkiego kota. Po krotkim przekonywaniu udalo mi sie doprosic Boskiego, zebysmy powrocili do Blavy bez kolejnej wedrowki. I oto jestem…. po 4 h w aucie dotarlismy.
Zaczynam sie zastanawiac, czy ta moja aktualna choroba to nie jest jakas psychosomatyczna reakcja obronna organizmu. Za duzo sie dzieje! za duzo przemieszczania! Jutro mam wazna rozmowa. Od wtorku do czwartku bede w Pradze, od piatku do poniedzialku w Zurichu a potem znowu do Blavy. We wrzesniu czekaja nas poza Zurichem 2 wyjazdy na Morawe i polnoc Czech, do Polski i pewnie jeszcze gdzies… ile razy juz pisalam, ze nie przepadam za czesta zmiana miejsca?