Pani Krolikowska napisala, ze jest strasznie ciekawa opowiesci z nowej pracy. Prosze bardzo.
Siedzi nas tutaj Xset osob. Zajmujemy 3 pietra sporego budynku administracyjnego. Jedna z bardzo nielicznych zasad obowiazujacych w firmie jest to, ze wszyscy mowimy do siebie po imieniu. No i bajer. Tyle, ze w Czechach oznacza to obowiazki. Przede wszystkim obowiazek nieustannego witania. Nie przywitac sie odpowiednio to w Czechach tylko troche mniejsze przewinienie niz powiedziec gospodyni, ze zupa byla obrzydliwa.
Do tego zyjemy w open space a to oznacza nieustanne podrozowanie przez wielkie powietrzne przestrzenie. Kazda taka podroz to niezliczona Ilosc usmiechow i powitalnych „ahojow“ no bo jak tu nie przywitac sie ze znajomymi. W swojej polowie pietra to jeszcze rozumiem, ale jak sune na proklad do dzialu kadr przez redakcje w ktorej nie znam nikogo, z powitalnym bananem i gotowa rzucic sie kazdemu chetnemu na szyje to czuje sie troche jak ufoludek. Z drugiej strony, skoro juz sie tak wszyscy znamy to nie ma problemu z obiadem. Podchodze (albo ktos podchodzi) do dowolnie wybranej osoby w mojej czesci swiata i mowie: hej (bo nie wiem jak „hej“ ma na imie) – idziemy na obiad? No jasne! Poznaj Tomasza, pojdziemy razem.