Jutro przyjedzie Boski a ja mam w domu burdel na kolkach. Szacuje, ze na optymalne posprzatanie bede potrzebowac ok 30-40 minut a tu czasu brak! Od czasu przyjazdu do Pragi kazdy wieczor spedzam (z dzika radoscia) z jakas inna osoba i bardzo mi z tym dobrze. Ale ktos musi poskladac pranie z suszarki, posprzatac reczniki, papier toaletowy kupic i odkurzyc! Wczoraj do 23 zanudzalam Fanaberie i jej meza. Maz Fanaberii wyglada wypisz wymaluj jak jeden moj byly kolega z pracy.
W pracy mam tyle spraw na glowie, ktore teoretycznie powinnam zrobic, ze mi troche rece opadaja. Za bardzo kreatywna jest ta moja praca a ja jestem taki wykonawczy typ raczej. I co teraz? Chlopcy boja sie zmian a mnie czasem sil nie starcza na obie rzeczy: 1. Przekonywanie mlodych, ze zmiany sa konieczne 2. Wymyslanie co niby mialoby sie zmienic. Plus oni maja tak swobodny, ze tak powiem, sposob pracy (czytaj: wiecej ich nie ma niz sa), ze mam ich ochote zatluc lopata, a potem mysle sobie: nie moj cyrk, nie moje malpy. Ja sie staram a oni ciagle nie sa oficialnie moi, wiec co-mnie-to.
A co u Ciebie?