GOSCIE, GOSCIE

To byl weekend! Boski zawsze marudzi, ze weekendy ze mna w miejscie sa nieaktywne, ze nic sie nie dzieje. Nie? Try me, baby, one more time!

W sobote rano, ku mojej ogromnej radosci, Boski rozwiazal mi jedna matematyczna zagadke z ktora meczylam sie w pracy. Dla mnie wspolpraca z jednym operatorem sieci telefonow komorkowych to nieprzyjemny temat a on zabral sie do tego jak do krzyzowki i pomogl. Alleluja. Zostalo jeszcze x razy tyle, ale choc ten kawalek jestem do przodu.

Nastepne byla wystawa Czech Press Photo. Niektore zdjecia byly powalajace, sporo zaskakujaco przecietnych. Mimo wszystko polecam. Kazda osoba, ktora fotografuje moze podpatrzec pare dobrych pomyslow. Nieskromnie napisze, ze nie nabawilam sie kompleksow.

Po wystawie nastapil kulminacyjny punkt programu: obiad z Ksiezniczka. Boski bardzo lubi Ksiezniczke a mysle, ze vice versa, wiec i obiad byl bardzo przyjemny. Moze bylam troche zbedna :)) ale jakos ciagle jeszcze toleruja moja obecnosc:)

Po obiedzie poszlismy do kina na Vymenu (Oszukana) Changeling. Bardzo silny emocjonalnie film. Niby wszystko toczy sie pomalutku, jak to w filmach Clinta Eastwooda, ale po jakims czasie zdajesz sobie sprawe, ze zaladek masz scisniety do wielkosci orzeszka. Warto zobaczyc chocby dlatego, zeby zrozumiec, ze wiekszosc naszych problemow jest nieistotna … i dlatego, zeby na wlasne oczy przekonac sie, ze Angelina jest niezla aktorka. Ciekawostka: muzyke skomponowal… Clint Eastwood. Niezly gosc. 

Ale to wlasciwie byla tylko rozgrzewka.

Najciekawszym punktem weekendu mial byc dzisiejszy obiad. Zaczelo sie spokojnie. Wstalismy o 9:30, o 10:15 wykopalismy sie do sklepu. I tak ok… 11:20 zdalam sobie sprawe, ze  jezeli nie wrocimy do domu NATYCHMIAST to nie bede miala zadnych szansporzygotowac czegos rozsadnego.

Wpadlismy do mieszkania o 11:40 i zaczela sie jazda. Staralam sie jednoczesnie robic zupe, smazyc kotlety, robic salatke i dyrygowac Boskim asytstentem ktory byl odpowiedzialny za sprzatanie. Musze go pochwalic bo poodkurzal, przygotowal stol (pieeeknie poukladal sztucce, ale nie mialam serca ich przestawiac;;;).

Kiedy o 13:25 zadzwonil dzwonek w wyciagnietym podkoszulku konczylam salatke. Polecialam ubrac "chociaz cos" – co AW okresila mianem kurtki i w zasadzie mozna powiedziec, ze zdarzylam z obiadem. Gdyby przyszli 10 min wczesniej to by zastali mieszkanie w stanie jak po wybuchu bomby, a tak tylko posprzatalam zlew. Krolikowscy milosciwe spoznili sie 5 minut.

BTW zupe robilam w zasadzie glownie dla meza AW, bo on zupy uwielbia. Jak juz przyszli uswiadomilam sobie, ze jednej zupy nie uwielbia…jakiej? POMIDOROWEJ czyli tej, ktora jakby zrobilam…

Poza wyborem zupy obiad (zwlaszcza w sensie spotkanie) byl bardzo udany. Zarowno Krolikowscy jak i AW z mezem zjedli wszystko co uwazam za potwierdzenie, ze bylo choc tak dobre, ze nie musieli szukac wymowek dlaczego nie zjesc :))  Krolikowska zrobila pyszne tiramisu (nawet mnie sie uszy trzesly a zwykle nawet nie zahacze okiem). A potem odpoczywalismy jak baki. 

Panowie tak zaciecie omawiali rozne bardzo wazne ekonomiczno-spoleczno-historyczne tematy, ze ewakuowalysmy sie z dziewczynami na kanape. No w kazdym razie w zyciu nie widzialam, zeby Krolik tyle gadal. Boski i maz AW tez byli bardzo zaaferowani. Cuda panie!

A teraz mi Boski odjechal w sina dal i zobacze go dopiero w piatek. Obiadem byl zachwycony i uznal, ze weekend w miejscie moze byc fajny. Ciesze sie bardzo. Koniec sprawozdania.

Leave a comment