Czasem mam wrazenie, ze moj Szef, ktorego generalnie lubie niezmiernie, slucha, ale nie slyszy. Wczoraj doprowadzil mnie do szewskiej pasj, wiec o 16:50 spakowalam moj maly komputerek i opuscilam pole walki. Napisalam mu, ze zobaczy mnie dzisiaj o 15, bo humor mi sie skonczyl. Odpowiedzial krotko i po wojskowemu: dobrze.
Od 21 do 2 rano pisalam do niego elaborat pod tytulem: przejmuje prace po lekko liczac 2 niespeciajlnie komunikatywnych osobach, dajze mi chwile zanim wpadniesz na kolejny genialny pomysl, ktory wezmie mi morze czasu. Jak juz dopislalam list na 4 strony A4, nacisnelam ladnie delete a nastepnie strescilam swoj problem w 7 punktach.
Od rana pracujemy sobie zgodnie – on – cholera go wie gdzie, ja w domu. Rano poswiergolil jaki to jest ze mnie zadowolony i rozne takie i niby sie znowu lubimy (no, lubimy ale i tak go udusze). Postanowilam, ze juz wiecej nie bede na niego krzyczala. Bedzie to trudne, bo czasem wyskakuje ze skory jak lata w oblokach, ale bede twarda. Zadne ostre slowa, zadne krzyki. Bede dobra dla mojego szefa – przynajmniej umrze ze zdziwienia, ze taki zaszczyt go kopnal:)