Czasem czuje sie tak jakbym zyla dwa razy jednoczesnie. Jedna czesc mnie zyje jakies zycie a druga stoi obok i sie dziwi. Jakby niezuplenie miala wplyw na to co ta pierwsza mysli, mowi a przede wszystkim czuje. Dzisiaj bylam nieznosna. Boski na szczescie mial dobry humor i w zasadzie bylo fajnie, ale gdybym nie byla rabnieta byloby jeszcze fajniej.
Troche boje sie pracy i wiekszosci kontaktow miedzyludzkich, bo mam wrazenie, ze nawet kdybym sie bardzo starala to i tak placne cos co inni beda uwazali za niemozliwe do przyjecia. Kiedys bylam zupelnie straszna. Mysle, ze przeszlam daleka droge, ale jednak ciagle zdarza mi sie powiedziec lub zrobic cos czego niepowinnam, albo skupic sie tak bardzo na rzeczy A, ze nie wiedze, ze B tez jest wazne. Nie, nic nie zrobilam ani nie powiedzialam ostatnimi czasy, ale mam obsesje na punkcie nie meczenia innych moja obecnoscia. Wierz mi to ciezka sprawa byc i udawac, ze wszystko jest ok, a z drugiej strony kontrolowac, zeby nie palnac niczego co z glupoty sprawi komus przykrosc. Idiotyczne, ze zyje sobie z tym wielkim krytykiem moich poczynan w glowie a i tak wyrazam opinie, ktorych nikt inny nie ma odwagi powiedziec, bo sa niewygodne.
Nie zawsze potrafie sie upilnowac. To bardzo meczace. Bardzo bardzo chcialabym miec spokoj, byc konformista, potrafic olewac prace, ustawiac sobie albo chociaz innym poprzeczke nizej niz wyzej. Czasem mysle, ze na to musza byc jakies leki. Z drugiej strony wiem, ze jedyny lek to zmienic swoj wlasny sposob myslenia. Przestac byc taka wazna. Olac siebie, uczucia i mysli i isc dalej. Na razie ide sie wykapiac. Dobranoc.