W sobote mieli nas odwiedzic tesciowie. Mielismy razem isc na kolacje. Tesciowie, to wiadomo – inspekcja.
Wstalismy o 11, troche ogarnelismy mieszkanie. Ja poszlam po zakupy, zeby kupic ostatnie elementy brakujace do planowanego sushi. Wracam o 12 a tam co? TESCIOWIE. Przyjechali troche wczesniej.
Ja na zakupach, Boski pod prysznicem, wiec wlezli przez taras. Ale jazda…
Burdel (z punktu widzenia) niezemski a oni sa. hmm. Oddelegowalam sie do przygotowywania sushi a Boski z Boskimi starszymi… zajmowali sie swoim ulubionym hobby – sporzatali. Poprzesadzali nam kwiatki, posprzatali taraz. Boski wypucowal podlogi …
ok godziny 15 podalam na stol sushi z lososiem, krabim miesem (z paluszkow= czytaj treska), z owocami i z marchewka i ogorkiem. Pan Boski zaserwowal Kalifornijskie wina a potem poszlismy na sppppaaaaaccer (dlugi jak nie wiem co) po Pradze.
Wrocili padnieci i ladnie poszli spac. Upieklo sie. Balaganik zostal nam wybaczony. ufff, jak ja nie cierpie Smerfow 🙂